Prawda was wyzwoli, czy rzuci kłody pod nogi?

Znamy tę prostą formułkę chociażby z filmów. Najczęściej są to dramaty sądowe.

Ślubuję mówić prawdę, całą prawdę i tylko prawdę.

Jeżeli chcemy coś w życiu osiągnąć musimy współpracować z innymi ludźmi. Poza zupełnie wyjątkowymi dziedzinami życia (jak np. sztuka) jednostka nie jest w stanie zrobić czegoś wyjątkowego, nowego, specjalnego. Najczęściej potrzebne są całe zespoły z podzielonymi rolami i zróżnicowanymi kompetencjami. Ale nawet w sprawach prostych i oczywistych, jak inicjatywa społeczna w jakiejś jednej konkretnej sprawie (chociażby sprzeciw wobec przystąpienia do ACTA, żądanie ratyfikacji Karty praw podstawowych, obywatelski projekt w sprawie ustanowienia święta państwowego 6 stycznia) konieczna jest współpraca.

Czy prawda się przydaje do współpracy? Oczywiście. Czy cała prawda pomoże się dogadać? Absolutnie nie. Słowa, które raz padły, nie dadzą się cofnąć. Słowa zapadają w pamięć. Słowa mogą zabijać…

Z niewiadomych powodów wielu z nas zachowuje się jednak często jak dzieci w przedszkolu. Wszystko, co wiedzą (albo im się wydaje, że wiedzą) muszą natychmiast powiedzieć. Na etapie nauki mowy i komunikacji z otoczeniem ma to swoją wartość. Dla dorosłego człowieka jest to poważne obciążenie. Trzeba pamiętać, że mowa jest srebrem, ale milczenie złotem.

Francuski prezydent kilka lat temu łajał Polaków, że nie skorzystali z okazji, żeby milczeć. Nie było to wtedy eleganckie. Ale… jak często rzeczywiście nie umiemy skorzystać z takiej okazji? Szczególną formą nieopanowanego mówienia jest krytykowanie kogoś, od kogo się chce coś uzyskać. W skrócie można by to streścić w słowach:

Jesteś Pan kanalią, nic w życiu nie umiesz zrobić, oszukujesz i nie dotrzymujesz słowa. Domagam się, żebyś spełnił moje żądania!

Taką mniej więcej konstrukcję ma wiele petycji, apeli czy listów otwartych, które tworzone są w różnych słusznych a nawet chwalebnych sprawach. Zastanówmy się – czy gdybyśmy to my otrzymali taki list-petycję, czy bylibyśmy skłonni przychylić się do stawianych postulatów? Tylko w jednym przypadku – gdyby piszący miał taką siłę, która mogłaby nas zmusić do działania. Ale wtedy wystarczyłaby sama siła, po co jeszcze petycja?

W roku 1990, kiedy nowo powstająca demokracja przeżywała pierwsze trudności z poparciem społecznym, pojawiły się protesty. Na drogi wyszli rolnicy. Nie chcę się odnosić do samych protestów – ich celów, form i organizatorów. Ale miałem wtedy okazję poczynić ciekawe obserwacje.

Akurat musiałem się udać z centrum na południowy wschód Polski. Podróż na jakieś 400 kilometrów. Na ten dzień zapowiedziano blokady dróg – 2 godziny na głównych drogach co kilka kilometrów. Zaplanowałem więcej czasu na podróż, zaopatrzyłem się w dodatkowy prowiant i wsiadłem do samochodu. Około południa trzeba się było zatrzymać. Próby objeżdżania nie miały większego sensu. Oddałem się zatem urokom życia na barykadzie. Zebrało się kilkaset osób. Niektórzy siedzieli w samochodach spokojnie czekając na koniec postoju. Inni udali się na spacer. Znaleźli się jednak i tacy, którzy postanowili podjąć dyskusję z protestującymi rolnikami. Gorące dyskusje przeplatane ostrymi słowami i argumentami wybuchały i uspokajały się. Pojawił się jednak jeden człowiek, który postanowił się w sposób zdecydowany i stanowczy domagać swojego prawa do przejechania przez blokadę.

Najpierw obrzucił blokujących inwektywami. Później zaczął ich straszyć. W końcu postanowił przejść do czynów. — Zaraz wam rozwalę te traktory — wykrzyczał i oddalił się w kierunku swojego pojazdu. Grupka stojących z zainteresowaniem obserwowała rozwój sytuacji. Po chwili pojawił się, z rykiem silnika, pędzący w kierunku blokady… Fiat 126p, zwany maluchem. Znaczy będzie walka Dawida z Goliatem. W ostatniej jednak chwili maluch zahamował, zawrócił i… z podkulonym ogonem pojechał na koniec kolejki, gdzie stał do końca dwugodzinnej blokady. Kierowca nie wysiadł już ze swojego pojazdu.

Za każdym razem kiedy widzę, że mało znana lub kompletnie nieznana grupa podejmuje protest w obronie czyichś praw, w interesie poszkodowanych lub słabszych czy wreszcie w interesie całego społeczeństwa, a swoje działania zaczyna od powiedzenia, co myśli o tych, do których kieruje swoje apele, przypomina mi się tamten wojownik spotkany na Lubelszczyźnie…

Jednak widzę również, że coś się przez te ponad dwadzieścia lat zmieniło. Tamten zadziorny kierowca malucha umiał realnie ocenić efekty swoich działań. Dzisiejsi wojujący nie mają takiej zdolności. Każda kolejna akcja jest coraz bardziej radykalna, poprzedzona coraz mocniejszym (w sensie języka) przygotowaniem artyleryjskim i… coraz bardziej ginie w ogólnym szumie.

Dlaczego? Bo organizatorzy tych akcji chcą wyrazić swoje zdanie, pokazać, że są bezkompromisowi, powiedzieć wszystko, co myślą. Całą prawdę! Sama sprawa schodzi na dalszy plan. Szkoda dla sprawy…

No votes yet.
Please wait...

Facebook Comments