Wojna totalna czy totalny absurd?

Pokazałem moim znajomym śmieszne zdjęcie jednego z wiodących polityków. Wywołało to straszliwą burzę, masę obelg, darmowych diagnoz osobowości oraz poziomu inteligencji. Znajomy zaprosił mnie do rozmowy o GMO. Poprosiłem o argumenty – nie materiały marketingowe, ale wyniki badań, oficjalne opracowania, rzetelne analizy naukowców. Ściągnąłem na swoją głowę kolejną porcję obelg, impertynencji i epitetów. Dostarczone przeze mnie dokumenty zostały odrzucone. Powiedziano, że są one jedynie dowodem na wszechobecną korupcję. Przy okazji okazało się, że częściej w dyskusji pojawiają się nazwy partii politycznych niż przykłady organizmów zmodyfikowanych.

Nie ma dzisiaj tematu w Polsce, na który można by prowadzić rzetelną rozmowę. Mam wrażenie, że nawet wielu naukowców zaczyna powoli przedkładać polityczne sympatie nad naukowy warsztat i umiłowanie prawdy. Wiek emerytalny już nie jest zagadnieniem ekonomicznym. Badanie przyczyn katastrof komunikacyjnych nie ma związku z mechaniką i materiałoznawstwem. Energia atomowa czy budżet Unii Europejskiej – to wszystko są sprawy wyłącznie partyjne. Nie wolno mieć własnego zdania, nie można się zdradzić z osobistą refleksją, że nie wspomnę już poszukiwania prawdy, szukania wiedzy, docierania do badań i autorytetów. Wszystko to sprawy proste rozstrzygane na poziomie przynależności do klanu. „Ten z nami, ten przeciw nam” śpiewał Jacek Kaczmarski.

Postawienie jakiegokolwiek tematu „na wokandzie” przywołuje natychmiast najświeższe płaszczyzny sporu między klanami, a sam temat tonie w zalewie inwektyw, para-diagnoz medycznych, epitetów i zwykłych impertynencji. W ten sposób nie trzeba się zastanawiać nad niczym. Wystarczy na czas odebrać przekaz dnia od szefów swojego klanu, a potem ruszać do boju. Liczy się lojalność wobec swojej grupy, wierność i bitność. Przeszkadzają wątpliwości, refleksje, szukanie prawdy, próby porozumienia.

Oczywiście w takiej sytuacji nie ma szansy na pokój. Nie można się w żadnej sprawie porozumieć. Jedyna szansa na względny chwilowy spokój to pokonanie przeciwników, rzucenie ich na kolana, wyniszczenie. Przez chwilę nie będą mieli sił się odezwać.

Ale czy stać nas byłoby dzisiaj na narodowy zryw? Na wspólne projekty? Na skok cywilizacyjny? Jak w dwudziestoleciu międzywojennym przy budowie Gdyni czy Centralnego Okręgu Przemysłowego? Jak po wojnie, kiedy „Cała Polska budowała swoją stolicę”? Jak w latach 80-81 czy 89-90 ubiegłego wieku? Obawiam się, że nie. Że dzisiaj wiodąca idea to „im gorzej tym lepiej”. Najważniejsze, żeby się nie udało przeciwnikom. A że my utoniemy razem z nimi? Nieważne. Będziemy mogli obciążyć ich odpowiedzialnością!

Czy społeczeństwo musi uczestniczyć w tej zabawie? Czy musimy dawać się wciągać w te podchody?

Rating: 1.0/5. From 1 vote.
Please wait...

Facebook Comments