Mordercy będą chodzić po ulicach!

W Polsce karę śmierci wykonano po raz ostatni jeszcze za PRLu. Od 1995 roku obowiązywało moratorium na jej wykonywanie, a od 1998 roku kara śmierci została usunięta z kodeksu karnego i zastąpiono ją dożywotnim pozbawieniem wolności. W międzyczasie, kiedy jeszcze nie zdecydowano o ostatecznych losach kodeksu karnego, w grudniu 1989 roku, Sejm uchwalił amnestię, która między innymi wszystkim skazanym na karę śmierci zamieniła wyrok na 25 lat więzienia.

Nietrudno policzyć, że jeżeli ktoś miał wyrok śmierci wydany w końcu 1987 roku, potem zamieniony na 25 lat, to właśnie wychodzi na wolność. Przez najbliższe dwa lata, a może i nieco dłużej, będą się kończyć takie właśnie wyroki. To chyba wystarczający powód, żeby podnieść głośny krzyk, że za chwilę mordercy i zboczeńcy będą chodzić wolno po ulicach. Na pewno wrócą do swoich niecnych praktyk. Taki krzyk ma wszelkie cechy histerii, jeżeli się dokładniej przyjrzeć materii, której dotyczy.

Co roku popełnianych (lub usiłowanych) jest w naszym kraju kilkaset morderstw (rekord w 2001 to ponad 1100). Wykrywalność w tej grupie przestępstw jest wysoka – wynosi powyżej 90%. Mamy zatem z całą pewnością kilkuset skazanych za ciężkie przestępstwa każdego roku. Wyroki są zapewne dłuższe i krótsze. Jednak statycznie podobna liczba skazanych wychodzi, co idzie do więzienia. Zatem kilkadziesiąt osób skazanych za ciężkie przestępstwa i wychodzących z więzienia nie stanowi dramatycznej różnicy. Co więcej – system penitencjarny używa często słowa resocjalizacja. Oczywiście wszyscy wiemy, że nie zawsze udaje się więźnia „wyleczyć”. Ale cała ta publiczna histeria próbuje nam wmówić, że każdy, kto na mocy amnestii z 1989 roku, zakończy w najbliższych miesiącach odbywanie kary, natychmiast powrócą do swojego procederu. I że to w zasadniczy sposób zakłóci panującą u nas równowagę.

Matematycznie się to nie tłumaczy. Pewnie warto by przeprowadzić sprawdzenie, jak często ciężkie przestępstwa są popełniane przez sprawców wcześniej karanych. Można by jeszcze badać wiele różnych aspektów, sprawdzać podstawy głoszonych opinii i rozważać na różne sposoby i pod każdym kątem. Ale… o co tak naprawdę chodzi? Czy przypadkiem to nie media szukają tematu, który przykuje przerażonych widzów i słuchaczy do odbiorników, którzy ulegną histerii i dzięki temu obejrzą więcej reklam?

Mam wrażenie, że znowu dmuchane medialne bańki są ważniejsze od rozsądku i od otaczającej nas rzeczywistości. Dokąd nas prowadzicie, szanowni państwo redaktorzy, autorzy i reporterzy?

No votes yet.
Please wait...

Facebook Comments