Zapluty gender reakcji – rozwinięcie

Jak się powiedziało a, to trzeba kontynuować. Jesteśmy mistrzami w wywoływaniu histerii. Czasami w słusznej sprawie, czasami w wątpliwej, czasami w złej. Oczywiście, dobrze jest osiągać słuszne cele i realizować szczytne idee. Tylko… czy cel uświęca środki?

Okazuje się, że nie jest łatwo dotrzeć do „szerokich mas” społeczeństwa. Bo niechętnie się skupiamy wokół idei. Ale jak ktoś wyrwie sztachetę z płota i ruszy do walki, to… „Kupą mości panowie, kupą! Kupy nikt nie ruszy…” No więc walimy kupą, masą, tłuszczą… w obronie dowolnej sprawy. Ważne że razem, że w tłumie, że… nie trzeba myśleć. Wystarczy się przyłączyć. Dobrze, jak na czele tego tłumu stoi ktoś, kto wie dokąd zmierza. Niestety, coraz rzadziej tak się dzieje.

— Co tam, Panie, w polityce?
— Nasi górą!
— A którzy to nasi?
— Nie wiem, jutro zobaczę w gazecie…

Jakże często ważniejsze jest to, co powiedział ten obok mnie w tłumie, niż to, co sam myślę? I co właściwie chcę osiągnąć? Czy to, co robię, zbliża mnie do osiągnięcia celu? I jaki właściwie stawiam sobie cel?

Pewien znany polityk, obrońca życia poczętego, zapytany kiedyś, czy wierzy, że jego propozycje uratują jakieś życie, powiedział, że raczej nie, ale musi przecież wyrazić swoje przekonania. Dzieciom narodzonym czy nie, rodzicom i dziadkom, społeczeństwu i narodowi może nie pomoże. Ale wyrazi swoje przekonania… Jakże to smutne. Jaki jest zatem jego cel? Co chce osiągnąć? Zapewne kolejną kadencję, żeby dalej móc wyrażać swoje przekonania publicznie. Może prościej byłoby się zapisać do kolejnej edycji jakiegoś Big Brothera czy innego reality show?

„Nie ma bardziej niezawodnej oznaki szaleństwa, niż powtarzanie w kółko tej samej czynności i oczekiwanie innych rezultatów”
powiedział Albert Einstein

No to mamy problem. Bo u nas pomysły są stałe i znane od lat. Każdy wie, co trzeba zrobić, żeby było lepiej. Żeby tylko miał możliwość to wprowadzić w życie… No, nie ma w tej chwili chyba takiej partii, której przywódcy nie wprowadzaliby już w życie swoich pomysłów. Ich potrzeba ciągłych zmian doskonale pokazuje, jak oceniają efekty swojej pracy. A jednak pomysłów nie zmieniają… Nie widać refleksji, że może trzeba by inaczej. Inaczej, czyli jak?

Nie mam oczywiście, za co przepraszam, gotowej recepty, ale… myślę, że wiem, w którą stronę warto szukać. W naszym kraju każdy wie, co inni powinni robić. I nikt nie wie, za co sam odpowiada. Mamy do perfekcji doprowadzoną kontrolę i nadzór, a wolność i odpowiedzialność traktujemy raczej jako hasła do noszenia na sztandarach, niż prawdziwe wartości. W starych amerykańskich filmach kiedy policjant widzi dziwne zachowanie kierowcy, zatrzymuje go i każe iść po linii, dotknąć palcem do nosa itp. Sprawdza jego realne możliwości psychofizyczne w danej chwili. U nas policjanci jak żebracy stoją na skrzyżowaniach i każą każdemu dmuchać. Tam zapobiegają niebezpieczeństwu, u nas szukają uzasadnienia dla swojego istnienia i wymówki, że przecież dużo robią. Ale nie wykryją w ten sposób, czy kierowca ma okulary, w których powinien prowadzić, czy nie jest zakatarzony i może spowodować wypadek dmuchając nos czy kichając. Stawiamy na kontrolę zamiast na odpowiedzialność. Sprawdzamy nie to, co istotne, ale to, co łatwo zmierzyć. Bo liczy się dla nas wynik pomiaru, a nie realne życie.

Nasi uczniowie gimnazjów osiągnęli niezwykle wysoki wynik w międzynarodowych testach. Ale… czy ktoś z Państwa ma dzieci w gimnazjum? Często od pierwszej klasy znaczną część czasu poświęcają na trenowanie testów. Mamy specjalne wydawnictwa z testami z poprzednich lat, zaliczamy je co tydzień lub co miesiąc, wykuwamy. Na naukę nie pozostaje już wiele czasu. Ale widać, co najważniejsze. Spełnienie formalnych wymagań. Amerykańska szkoła nie ma dobrych opinii w świecie. Ale jakoś sporo mają noblistów, dużo patentów, są innowacyjni. A my… umiemy zdawać testy i spełniać formalne wymagania.

Co robią szkoły nauki jazdy? Uczą zdawać egzamin na prawo jazdy. A jak ktoś naprawdę chce się nauczyć jeździć samochodem, to po zdanym szczęśliwie egzaminie wykupuje serię jazd doszkalających… Mam prawo jazdy ponad ćwierć wieku. Ale nie wiem, co to znaczy jazda po łuku. Co to jest koperta, co to jazda pod górkę. Przejechałem wiele setek tysięcy kilometrów bez tej wiedzy,którą dzisiaj ma każdy początkujący kursant.

Czy istnieje maszyna, która sprawdzi, czy ktoś wyprzedza na zakazie? Nie! Ale istnieje maszyna, która zmierzy, z jaką prędkością jedzie samochód. Nie uwzględni warunków na drodze, ale da jednoznaczny wynik. Można ukarać albo puścić wolno. Jasne kryterium. I zero skuteczności. Gdyby ktoś z decydentów pamiętał nauki, które pobierał w szkole podstawowej o podróży z miasta A do miasta B, wiedziałby, że im większa prędkość przemieszczania, tym krótsza podróż. Zatem tym mniej samochodów na drodze. Czyli mniej okazji do kolizji i wypadków. Czy myślimy, jak spowodować, żebyśmy mogli bezpieczniej i mniej kolizyjnie poruszać się po naszych drogach? Nie. Szukamy sposobów na medialne sukcesy. Złapaliśmy tysiące kierowców, którzy przekroczyli ograniczenie prędkości. A… czy to ograniczenie miało w tym miejscu jakiekolwiek uzasadnienie?

Koniec o ruchu drogowym. Może jeszcze tylko tyle, że po ostatniej serii doniesień medialnych o wypadkach komunikacyjnych (bo przecież takie zdarzenia dzieją się regularnie, niestety, ale akurat teraz nie było lepszych tematów, więc krzyczymy o ofiarach wypadków) podniósł się zgodny krzyk ze wszystkich stron, że trzeba zaostrzyć karanie. Nawet premier, który zaczął od krytykowania innych, co chcą zaostrzać, następnie ogłosił, jak on będzie wprowadzał ostrzejsze rygory i dodatkowe szykany. Ćwiczymy ten sport od lat. Zaostrzanie prawa nie zwiększa bezpieczeństwa obywateli. Zwłaszcza, kiedy kuleje egzekucja prawa. Czyżbyśmy mieli oznaki szaleństwa, Panie Albercie?

Zapluty gender reakcji… Cóż za piękne hasło. Nie wiem, czy młodsi czytelnicy dobrze pamiętają, więc przypomnę, że w latach wczesnego PRL-u jak się wydarzył wypadek w fabryce, to winny był zapluty karzeł reakcji. Jak doszło do katastrofy, kłaniał się ten sam karzeł. Nie było winnych zaniedbań, niechlujstwa, nonszalancji. Był sabotaż. Nie my robimy coś źle, ale inni nam szkodzą. Samo hasło niezwykle wygodne, bo nie wiadomo, co ono właściwie oznacza, więc wszystko można do niego dopisać.

Od kilkunastu chyba tygodni słyszymy wielki krzyk o zaplutym genderze reakcji. Im głośniej ktoś o nim krzyczy, tym mniej wie, o czym mówi. Hasło, którego nikt nie rozumie, jest nośne i można go używać do dowolnych celów. Zgwałcone dziecko – wina gendera. Czarny rynek aborcyjny – wina gendera. Walący się system emerytalny – wina gendera. Spadł samolot – wina gendera. Spłonęła fabryka – wina gendera.

Gender winny nieszczęściom społecznym i alkomat za 5 złotych w każdym samochodzie jako sposób na podniesienie bezpieczeństwa na drogach. Oto mizeria naszego życia publicznego. Ile mamy ofiar wypadków spowodowanych przez pijanych kierowców, a ile przez trzeźwych wyprzedzających na podwójnej ciągłej? Ile mamy dzieci zamordowanych przez własnych rodziców, a ile przez partnerów homoseksualnego rodzica? Ile mamy przypadków przemocy w rodzinach „tradycyjnych” a ile w „postępowych”? Na marginesie… zastanawiające jest, że na pierwszy rzut oka znacznie więcej jest stabilnych wieloletnich rodzin po stronie lewej, liberalnej, niż po stronie prawej, konserwatywnej. Na przykładzie polskich parlamentarzystów można ten problem przeanalizować w sposób niezwykle wyrazisty… Mamy nawet po prawej stronie w Parlamencie dwie żony jednego z prawicowych polityków.

Wartości nie służą temu, żeby się z nimi obnosić, ale temu, by je realizować w życiu. Niestety, kiedy osoby na świecznikach dostają się tam nie z powodu jakichś kompetencji czy osiągnięć, ale dlatego, że się nauczyli zdawać egzaminy (czyli wygrywać wybory), słowa tracą swoje znaczenie. Liczy się ich chwilowa funkcja.

Zatem gdzie szukać rozwiązań? W którą stronę zmierzać? Mniej kontroli, mniej formalnych ograniczeń i wymagań, mniej wymiernych kryteriów. Więcej myślenia, więcej rozmów – o strategi, celach, planach, zamierzeniach. Więcej odpowiedzialności, mniej formalności.

Łatwo jest się wypowiadać w sprawach, o których niewiele się wie. Wiedza nas ogranicza, zobowiązuje do odpowiedzialności za słowa. Ekspert od katastrof lotniczych, bo latał samolotem i przyglądał się jak pracują skrzydła? Ekspert od ruchu drogowego, bo często go wożą samochodem służbowym? Ekspert od demografii, bo ma dwoje dzieci? Ekspert od spraw rodzinnych, bo miał rodziców? To nasza specjalność. Tylko tak można wdrażać swoją ideologię. Kiedy się nie wie, wdraża się pomysły. Kiedy się wie, szuka się rozwiązań. Tylko… po co komu rozwiązania?

Dopóki każdy mówi o czym innym, można się kłócić, różnić, atakować. Kiedy się szuka wspólnego języka, zaczyna się praca. A to męczące, mało efektowne i niewdzięczne. Po co to komu?

…ciąg dalszy nastąpi…

No votes yet.
Please wait...

Facebook Comments