Nic się nie stało, platfusy nic się nie stało…

Już słyszę ten śpiew ślepych wyznawców Platformy po wczorajszych decyzjach w sprawie list wyborczych. I ten sam śpiew, sarkastyczno ironiczny, jej gorących przeciwników. Zapanowała konsternacja. Mało kto ma odwagę się wyrwać i skomentować, jeżeli nie jest zaprogramowany na krytykę władzy. Wiadomo, władza zawsze zła, my, starzy opozycjoniści, żadnej władzy się nie kłaniamy (od czasu, kiedy nie grożą za to przykre konsekwencje) i krytykować będziemy zawsze i bez skrupułów. Krytyka (a nawet krytykanctwo) to oczywiście święte prawo opozycji. Ale zastanówmy się, ile w tej krytyce jest sensu. Na moje oko raczej niewiele…

Wiem, że spalę, zaczynając od głównego pytania. I może nikomu nie zechce się czytać dalej. Ale co robić. Postawmy je, żeby uporządkować sprawy:

Czy stawianie partii politycznej zarzutu o to, że stara się poprawić swój wyborczy wynik nie jest objawem braku zrozumienia rzeczywistości?

Głównym celem istnienia firmy jest osiąganie zysków. Jedynym celem istnienia administracji jest służenie obywatelom. Pozarządowe organizacje non-profit stawiają sobie cele związane, ogólnie rzecz ujmując, z naprawianiem świata w konkretnych jego aspektach. A partie polityczne istnieją po to, żeby wygrywać wybory i móc realizować swoje projekty polityczne i społeczne.

Zarzut, że partia dla korzyści politycznych wystawiła na swoich listach jakieś osoby jest tak samo idiotyczny, jak ten, że przedsiębiorca zbudował fabrykę, żeby osiągać zyski. Uzasadnionym zarzutem dla przedsiębiorcy będzie ten, że źle skalkulował biznes, że zbudował fabrykę, ale na tym stracił. Dla partii politycznej, ze przyjęła na swoje listy ludzi, którzy zmniejszyli jej poparcie w wyborach. Ale to będziemy wiedzieć dopiero po wyborach. Na razie możemy jedynie analizować…

No to teraz przyjrzyjmy się szczegółom. Cóż to za straszne osoby przyjęła Platforma na swoje listy?

Zacznijmy od najmniej znanego. Syn Mazowieckiego. Tak o nim piszą media. Większość nawet nie podała imienia. A Tadeusz Mazowiecki, pierwszy premier wolnej Polski, ma trzech synów. Dobrze, chwila szukania i dowiedzieliśmy się, że to pan Michał Mazowiecki, najmłodszy syn. Szukamy dalej i… trudno znaleźć jakikolwiek powód, dla którego można by krytykować obecność pana Michała na listach. Chyba po prostu komuś pasował do nagłówka. A może to tylko świadomy zabieg organizatorów wydarzenia, którzy postawili go razem z Dornem i Napieralskim? No to udany zabieg, bo krytyka, która spłynęła na syna Mazowieckiego, kompletnie nieuzasadniona, podważa również sens krytyki pozostałych dwóch panów.

Grzegorz Napieralski. Były szef SLD, były kandydat na Prezydenta RP. Od czasów Prezydenta Kwaśniewskiego najlepszy wynik lewicy w wyborach prezydenckich. Od niedawna w niełasce. Powołał nowe ugrupowanie, które chyba nie zaistniało. Dotarł do PO. Jedno jest pewne. Zawsze mu się chciało. Stać z jabłkami przy wejściu do kopalni, spacerować po plaży z Millerem i rozmawiać z wyborcami…

Ludwik Dorn. Trzeci bliźniak PiSu. Wicepremier, Marszałek Sejmu, Minister Spraw Wewnętrznych. Zawsze raczej w pierwszej linii wsparcia, niż na szpicy. Bywał skuteczny i pragmatyczny. Z PiSu odszedł w zasadzie sam, rezygnując z funkcji i dając się wyrzucić. Pojawiał się w niezależnych rankingach posłów.

Kiedy patrzymy na politykę z dużej odległości, używając jedynie haseł i skrótów, dwa ostatnie nazwiska mogą być pewnym zaskoczeniem. Ale tych, którzy przyglądają się nieco dokładniej, specjalnie nie dziwią. Z punktu widzenia PO to dobre decyzje. Przyjmują ludzi aktywnych i doświadczonych, którzy mogą pomóc. Pokazuje, że nie jest pamiętliwa ani małostkowa. Oraz że jej projekt jest na tyle atrakcyjny i żywy, że może przyciągać nie tylko celebrytów, którzy chcą się pojawić na plakatach, ale ludzi prawdziwie zainteresowanych pracą w polityce.

Z punktu widzenia tych dwóch panów…Pewnie muszą jakoś wytłumaczyć swoje decyzje. Przed wyborcami z poprzednich wyborów, przed swoimi współpracownikami. Czy jednak rzeczywiście to wymaga wielkich tłumaczeń?

Dyskurs publiczny w Polsce dzieli się według zupełnie innej, niż szyldy partyjne czy etykiety „lewica” i „prawica”, linii. W różnych okresach różnie ten podział był nazywany. Socjalna czy Liberalna? Racjonalna czy Radykalna? A ja bym zaryzykował… Uśmiechnięta czy Naburmuszona? I ten podział nie jest podziałem na PiS i resztę świata.

Tak, czy inaczej, wygląda to na podział raczej cywilizacyjny, niż polityczny. U jednych lata życia i doświadczenia wyrzeźbiły na twarzy uśmiech, u innych grymas niezadowolenia. Niezależnie od zamożności, kariery czy innych sukcesów życiowych. A ponieważ faktyczny podział nie pokrywa się ze zdefiniowanymi przez partie polityczne liniami sporu, przepływy między partiami są całkiem naturalne. Człowiek, który był w partii opozycyjnej, ale nie chciał się zajmować burzeniem wszystkiego i narzekaniem na wszystko, został zauważony. Odróżniono go po uśmiechu. I zaproszono do współpracy. Kogo to obciąża? Kogo możemy za to krytykować?

Po przemyśleniu mogę dołączyć do dwóch chórów, o których wspominałem na wstępie. Ale nie ograniczę się do śpiewu Nic się nie stało! Od siebie dodam… Jest super, jest super, więc o co ci chodzi… Tak, wiem, że ta piosenka była czysto ironiczna, kiedy Muniek Staszczyk ją śpiewał w 1997 roku. Teraz straciła ten sens. Może się stać manifestem ludzi zadowolonych i uśmiechniętych. Bo dobrze opisuje rzeczywistość. Może z drobnymi wyjątkami. Ale te, to już Wy wskażcie, drodzy Czytelnicy…

No votes yet.
Please wait...

Facebook Comments