Czy każdy głos jest tak samo ważny? Kilka słów o wyborczej arytmetyce…

— Nie idę na wybory. — Mój głos nic nie znaczy. — Szkoda czasu. I tak nic się nie zmieni, to po co chodzić? — Niech widzą, że mam ich w nosie. — Nie będę ich legitymizować. Lepiej nie brać odpowiedzialności za wyniki… Kto nie słyszał takich głosów? W efekcie większość, która mogłaby coś zmienić, zostaje w domu i narzeka, że nic się nie zmienia. Postanowiłem policzyć ile jest wart jeden głos. I czy każdy głos jest równy.

Na początek kilka słów o sondażach i symulacjach.

Oglądam telewizję, czytuję gazety, portale internetowe, śledzę wiadomości. Zalewają nas sondaże preferencji wyborczych i symulacje liczby mandatów. Pomyślałem sobie, że warto by przeprowadzić symulację, jak może wyglądać Sejm w zależności od tego, który sondaż okaże się prawdziwy. Kiedy jednak zacząłem analizować ordynację wyborczą i szukać kalkulatorów czy programów do przekładania liczby głosów na liczbę mandatów (bo przecież liczba mandatów to jest prawdziwy wynik wyborów, a nie procent głosów) zrozumiałem, że nie da się na podstawie ogólnego sondażu określić liczby mandatów w przyszłym Sejmie. Bo ogólny procentowy wynik określa jedynie, czy partia bierze udział w rozdzielaniu mandatów. Mandaty rozdziela się oddzielnie w każdym z 41 okręgów wyborczych zgodnie z metodą d’Hondta.

Żeby uczciwie zasymulować liczbę mandatów, trzeba by mieć zatem rzetelny sondaż poparcia w każdym okręgu wyborczym i w każdym z nich policzyć mandaty. To praktycznie niemożliwe. Badanie preferencji społecznych, żeby było wiarygodne, musi być wykonane na reprezentatywnej i stosunkowo licznej próbie. Telefoniczne pytanie kilkuset osób wylosowanych przez komputer to nie jest badanie, ale sonda. Równie dobrze można by zadać pytanie na stronie internetowej i jeżeli któraś partia nie zmobilizuje swoich zwolenników do masowego głosowania, to wiarygodność będzie podobna.

Rzetelna symulacja wyników wyborów wymagałaby zatem porządnego badania w każdym okręgu oddzielnie. Trudno skonstruować prawdziwie reprezentatywną próbę z niskim progiem błędu poniżej tysiąca wyborców. Żadna „sondażownia” nie przeprowadzi badania preferencji wyborczych na kilkudziesięciu tysiącach badanych. Odrzućmy zatem sondaże i symulacje. Można na ich podstawie co najwyżej śledzić trendy, jeżeli porównamy wiele kolejnych sondaży robionych przez jedną firmę według tej samej metodologii.

Teoretycznie wydaje się możliwym, że jakieś ugrupowanie przekroczy próg wyborczy, a nie dostanie żadnego mandatu. Żeby sprawdzić tę tezę trzeba by przeprowadzić szczegółową symulację, w której w każdym okręgu to ugrupowanie uzyskuje minimalnie mniej głosów, niż jest potrzebne do zdobycia mandatu. Przy odpowiednim rozkładzie frekwencji wydaje się to realne. Teoretycznie…

Skoro nie da się zbadać ani zasymulować, to na czym się oprzeć?

Nie mając prostej metody przewidywania, co się wydarzy (ostatnie wybory – samorządowe – obdarzyły nas chyba największą niespodzianką w historii wyborów ostatnich 26 lat) ani symulowania, możemy jednak próbować wyciągnąć jakieś wnioski z historii. Podobno doświadczenie uczy…

Pobrałem z internetu wyniki ostatnich trzech wyborów parlamentarnych (wcześniej zmieniała się metoda przekładania głosów na mandaty, więc analiza byłaby obciążona błędem) i wrzuciłem w arkusz kalkulacyjny. Postanowiłem sprawdzić, ilu wyborców jest potrzebnych, żeby jeden poseł zasiadł w sejmowych ławach. Wielokrotnie słyszałem analizy kosztów kampanii na jeden mandat. Pamiętamy, jak śmiano się, że w eurowyborach Jacek Kurski dostał mniej głosów, niż rozwiesił billboardów. Ale mi chodzi o liczbę głosów na jeden mandat. Czyli o samą arytmetykę wyborczą, a nie o propagandową otoczkę.

Pierwsze ważne spostrzeżenie jest takie, że liczba głosów potrzebnych, żeby zdobyć jeden mandat w Sejmie, może się znacząco różnić w zależności od ogólnej frekwencji oraz od wyniku konkretnej partii (ponieważ Mniejszość Niemiecka nie podlega progowi wyborczemu, nie będę uwzględniał jej wyników w prezentowanych dalej danych).

W 2005 roku PiS potrzebowało 20.553 głosy wyborców, żeby otrzymać jedno miejsce w ławach poselskich. W 2007 roku PSL potrzebowało 46.375 głosów na jeden mandat. To ponad dwukrotnie więcej! Powiecie, że frekwencja była większa w 2007. Tak. Większa o 35% (39,05% do 52,73%). To niewystarczające wytłumaczenie, ale dobrze. Popatrzmy na każde wybory oddzielnie.

W 2011 roku na każdy mandat PO głosowało 27.197 wyborców, a na każdy mandat SLD aż 43.863. SLD potrzebował 161% głosów więcej na taki sam mandat. W 2007 PSL potrzebowało 144% głosów więcej niż PO na jeden mandat. W 2005 PSL musiało uzyskać 159% tych głosów, co PiS, żeby usadzić w ławach jednego posła. Oczywiście porównuję tych o najlepszych wynikach z tymi o najsłabszych. Duży może więcej? Na pewno duży ma łatwiej.

Co za tym idzie – waga głosu zależy od tego, na kogo jest oddany. W 2011 roku SLD uzyskał 27 mandatów zdobywając 1.184.303 głosów. PO na 27 mandatów potrzebowała jedynie 734.318 głosów. PO za 1.184.303 głosów dostała ponad 43 mandaty. Czy to znaczy, że gdyby wszyscy, głosujący na SLD, zagłosowali na PO, to miałaby o 43 mandaty więcej? Nie całkiem. Zyskałaby jeszcze więcej, bo jej przewaga nad innymi by wzrosła, więc każdy mandat byłby dla niej jeszcze „tańszy”.

Kolejna istotna obserwacja. W tych trzech analizowanych wyborach największą przewagę w liczbie mandatów pierwszej nad drugą siłą uzyskała PO w 2011. Przewagę 50 mandatów. Miała o 1.334.757 głosów więcej. Gdyby 667.379 osób przerzuciło swój głos z PO na PiS, to obie partie uzyskałyby jednakową liczbę głosów. Niewiele ponad 2% uprawnionych do głosowania mogłoby w sposób zasadniczy zmienić kształt parlamentu i polską politykę na 4 lata. To pokazuje, że każdy głos się liczy i że walka w kampanii nie musi się toczyć o wszystkich, ale o te kilka procent, które może przechylić szalę.

To, co pociesza, to fakt, że z wyborów na wybory maleje liczba głosów zmarnowanych, to znaczy oddanych na ugrupowanie, które nie zdobyło ani jednego mandatu. W 2005 to było 4,27%, w 2007 – 2,17%, w 2011 już tylko 1,92%. Tyle, że teraz – w 2015 – pojawiło się wiele nowych partii… Jest 4 czy 5 ugrupowań balansujących w okolicach progu wyborczego. Jeżeli każde z nich dostałoby poparcie na poziomie 3-4,9%, to w sumie mogłoby się zmarnować nawet jakieś 20% głosów. Szkoda by było.

No i co wynika z tych liczb? Jakie to wszystko ma znaczenie? Na kogo głosować? I czy w ogóle głosować?

Pierwszy wniosek jest dosyć oczywisty. Kto głosuje na duże ugrupowanie, nie tylko ma pewność, że jego głos się nie zmarnuje, ale ma też większy wpływ na swoją przyszłość, niż ten, kto głosuje na ugrupowanie, które ledwo się prześliznęło przez próg wyborczy. Tak mamy skonstruowany system wyborczy, że duże ugrupowania są premiowane. Ich wyborcom przychodzi łatwiej wybranie posła, niż wyborcom mniejszych partii.

Z tego wynika drugi wniosek. Bardziej opłaca się połączyć siły i stworzyć koalicyjny komitet wyborczy, niż dwa czy trzy niezależne. W kupie nie tylko raźniej, ale i taniej. Znaczy łatwiej posadzić posła w Sejmie. Niestety etap tworzenia komitetów wyborczych i rejestrowania list jest już za nami, więc ten wniosek jest na ten moment czysto teoretyczny. Co więcej odnosi się do zachowania polityków, nie wyborców.

Trzeci wniosek, że wyborca powinien szukać mądrego kompromisu między tym, co mu najbardziej pasuje, a tym, jak się uchronić przed największym zagrożeniem. Czasami lepiej zrezygnować z małych szans na ulubiony rosół i wybrać akceptowalną pomidorową, niż dostać znienawidzony krupnik.

I czwarty wniosek. Kto nie idzie na wybory, ten faktycznie pomaga tym, którzy uzyskują najlepszy wynik. Czyli tym, którzy będą sprawować władzę. Nie można sobie potem powiedzieć, że ja nie głosowałem, ja nie odpowiadam. Nie głosowałeś? Odpowiadasz za wynik w podobnym stopniu, jak ci, co głosowali na wygranych.

Pewnie jest jeszcze sporo innych wniosków do wyciągnięcia. Analizować liczby można długo, porównywać różne aspekty, wskaźniki i proporcje. Każdy może sobie sam policzyć, porównać, przemyśleć. Ale jedno jest pewne. Jeżeli chcesz mieć wpływ na swoją przyszłość, musisz głosować. Nie żeby kogoś nagrodzić, czy kogoś ukarać. Nie żeby dać wyraz swoim sympatiom czy niechęciom. Z egoizmu. Żeby wybrać lepszą przyszłość dla siebie. Bo przecież o to w wyborach chodzi.

(tekst pierwotnie opublikowany na portalu naTemat.pl 18.10.2015)

Rating: 1.0/5. From 1 vote.
Please wait...

Facebook Comments