Czy globalne ocieplenie to gwóźdź do trumny neoliberalizmu?

30 listopada w Paryżu rozpoczęła się dwutygodniowa konferencja międzynarodowa COP21. Jej celem jest doprowadzenie do podpisania międzynarodowego porozumienia, które miałoby znacząco ograniczyć postępujący efekt cieplarniany. Czy to wspólny interes wszystkich obywateli świata? Czy niewidzialna ręka wolnego rynku załatwi za nas ten problem?

Globcio – niewygodna prawda czy totalna ściema?
Kilka dni temu rozmawiałem z panem Adamem Błażowskim o tym, co to jest globalne ocieplenie, skąd się bierze, jakie pociąga konsekwencje i jakie są możliwości przeciwdziałania temu zjawisku. Pojawiła się w tej rozmowie idea ekomodernizmu która powstała w wyniku zmęczenia bezproduktywnością i odejściem od faktów/nauki czy nauki przez co bardziej popularne ruchy ekologiczne. Czy to znaczy, że ekologiczne podejście do naszego środowiska i całej planety można realizować w tzw. mainstreamie? Czy nie wymaga to już rewolucji? Czy politycy mają wystarczającą siłę i determinację, żeby załatwić za nas sprawę?

Politycy sprawy nie załatwią, ale mogą wyznaczać kierunki, cele i punktowo poprawiać rynek, tam gdzie ten zawodzi.

Myślę, że w momencie, kiedy spadkobiercy Rockefellerów sprzedali wszystkie udziały w tradycyjnych firmach energetycznych a zarząd Harleya Davidsona planuje zeroemisyjny biznes do 2050, i powstaje zero emisyjne Porsche, to już słowo mainstream jest trochę zbyt wąskim określeniem. To się po prostu już dzieje, ten pociąg już jedzie.

Harley Davidson chce bezemisyjnej produkcji już w 2050 roku. http://www.treehugger.com/corporate-responsibility/even-harley-davidsons-ceo-wants-net-zero-global-emissions-2050.html

Rockefellerowie wycofują się z kopalin.
http://www.theguardian.com/environment/2015/mar/27/rockefeller-fund-chairman-moral-duty-divest-fossil-fuels

Czyli biznes się modernizuje. Czyżby niewidzialna ręka rynku i tym razem rozwiązała nasze problemy?

XX wieczny system ekonomiczny dał nam nieporównywalny z przeszłością postęp, rozwój i ogromny skok stopy życiowej. Ale dzięki błędom rynku, mamy też np. ryby i foki ze szkodliwymi dla człowieka związkami rtęci w wątrobach (o tym jak szkodliwe to jest dla samych zwierząt już nawet nie wspominam). Rtęć do środowiska naturalnego trafia głównie z elektrowni węglowych, potem odkłada się w łańcuchu żywieniowym, a że foki i ryby nie wystawiają faktur za to, że są zatruwane, to i rynek nie działa, no i jest jak jest.

W ekonomii nazywa się to „tragedią wspólnego pastwiska”. Jeśli do wioski należy ograniczona ilość pastwisk, które są wspólne, to każdy mieszkający w niej prywatny właściciel owiec jest nagradzany finansowo wtedy gdy powiększa stado i bardziej eksploatuje wspólne pastwisko. Ten, kto dobrowolnie zacznie ograniczać wypasanie, jest przez rynek karany, bo kiedy trawa się skończy, jego owce wymrą tak samo jak te u sąsiada, który „grał tylko na siebie”, ale więcej zarobił.

Tradycyjnie problem ten rozwiązuje np. prywatyzacja. Gdy z fragmentu pastwiska korzysta tylko jego właściciel, wtedy sam ponosi koszty złych decyzji i ma motywację by dbać o zrównoważony rozwój swojego stada. Są jednak dobra których nie da się sprywatyzować, lub wręcz nie wolno tego robić. Są to tzw. dobra wspólne, nierzadkie. Np. atmosfera.

Chce Pan powiedzieć, że nie można sprywatyzować środowiska naturalnego? Powietrza, wody? Czego jeszcze nie da się sprywatyzować?

No nie da się wszystkiego sprywatyzować, ale też nie powinno się tego robić. Zarówno atmosfera, woda, biosfera jak i np. wielkie ławice ryb, które przemieszczają się po morzach i oceanach są dobrem wspólnym. W Polsce awanturą skończyły się pomysły rzekomej prywatyzacji lasów, ale jak wygląda przyroda lub plaża podzielona płotami można często zobaczyć w innych krajach. To są wspólne dobra, którymi razem musimy zarządzać i nikt nie może mieć na nie wyłączności.

W Brazylii mamy jeszcze gorszą sytuację. Okazuje się, że prywatni właściciele terenów w Amazonii mają większy zysk z wycięcia lasów, sprzedania drewna, i odłożenia pieniędzy na lokatę w banku, niż z trzymania lasów w nienaruszonym stanie. Dlaczego? Dlatego, że za tlen wytwarzany przez drzewa nikt nie płaci. To jest właśnie tzw. „market failure”, punkt w którym rynki zawodzą. I trzeba to naprawić.

Rozumieli to Indianie północnoamerykańscy. Obserwując dewastację środowiska przez białego człowieka ukuli powiedzenie „Gdy ostatnie drzewo zostanie wycięte, i ostatnia rzeka zostanie zatruta, wtedy zrozumiemy, że nie możemy jeść pieniędzy”.

My nie możemy jeść pieniędzy. Ale co z ziemią? W filmach katastroficznych widujemy ziemię zdewastowaną przez człowieka. Czy to są realne wizje? Czy nie powinniśmy lepiej zadbać o naszą „Matkę Ziemię”?

Legendarna „Matka Natura” nie jest wcale kochającą matką. To złudzenie, iluzja, efekt tego że antropomorfizujemy wszystko co w koło nas. Dosłownie wszystko co nas otacza tylko czeka na to, żeby nas zjeść. Wirusy, bakterie, pasożyty, dzikie zwierzęta, trujące rośliny – to są również dzieci Matki Natury, które wykorzystają każdą okazję, kiedy tylko powinie nam się noga. Kiedyś było to bardzo oczywiste doświadczenie każdego człowieka. Dziś, dzięki technologii, jesteśmy całkiem dobrzy w radzeniu sobie z tym co na nas czyha. Ale jednocześnie czerpiemy korzyści ze środowiska naturalnego, i są one skończone, więc jeśli nie skorzystamy z okazji i nie zaczniemy w mądry sposób tym środowiskiem zarządzać, skończymy jak owce w przykładzie z wyjałowionym pastwiskiem.

Przekonanie o tym, że Planeta „cierpi”, jest złudzeniem. Planeta sobie poradzi – to my jesteśmy zagrożeni. Razem z innymi gatunkami, jak to już miało miejsce w paleohistorii przynajmniej 5 razy.

W takim razie, że zacytuję klasyka… Co robić? Jak żyć?

Jednym z rozwiązań jest pozostawienie sprawy “niewidzialnej ręce” wolnego rynku, czyli jakoś to będzie.

Doprowadzi to zapewne do sytuacji, jaką można obserwować w filmie „Elysium” z Mattem Damonem. Drastyczne nierówności dochodów i zdewastowane środowisko skutkują tym, że 1% najbogatszych obywateli musi się wynieść do luksusowego resortu na orbicie Ziemi, a 99% biedoty żyje w slumsach na dole. To świat w którym, „chcącemu nie dzieje się krzywda”, i gdzie każdy pracą swoich rąk może wbić się na szczyty, o ile tylko sprzedając paróweczki zdoła pokonać pierwszą prędkość kosmiczną. Może wtedy zamieszkać na orbicie, o ile uda mu się uniknąć wcześniej śmierci czy kalectwa z powodu chorób i toksyn. Nie zdradzając zakończenia, powiem że Matowi Damonowi udaje się to zrealizować połowicznie. To oczywiście wizja ekstremalna, ale już dziś możemy tego posmakować widząc grodzone osiedla, prywatną opiekę zdrowotną i tłumy uchodźców z Syrii (gdzie po 5 latach suszy wybuchła wreszcie wojna) o których niektórzy mówią “czego oni tu chcą, czemu nie wracają do siebie”.

http://www.cagle.com/tag/elysium/

“To znów ci niechciani 99 procentowcy emigranci…zestrzel ich!”

Lepszym pomysłem jest działanie tu i teraz, ale musi ono być globalne. Nie może być tak, że tylko jeden kraj ponosi koszty obniżenia emisji, a inne na tym korzystają. Stąd konferencja w Paryżu. Jednym z pomysłów jest wprowadzenie podatków na emisje CO₂ (czyli wliczenie prawdziwego kosztu emisji, w to co dzisiaj nie jest kosztem) w modelu anglosaskim. W Europie i w Chinach bardziej przyjął się system handlu emisjami (ETS), który polega na tym, że kwoty dozwolonych emisji są stale obniżane, a firmy którym stosunkowo łatwo jest realizować takie eko-projekty mogą zarabiać kosztem tych, u których jest to trudne. To nie rozwiąże problemu , ale jest krokiem właściwym.

Zasada jest jednak prosta – jeden przypadek zawodnego rynku powinien być poprawiany jednym konkretnym mechanizmem naprawczym.

Zaraz zaraz, czy nie zaczynamy się pogrążać w lewactwie? W poprzedniej rozmowie proponował Pan ekomodernizm, wejście do głównego nurtu, nadrabianie technologiami. A teraz słyszę postulaty z zupełnie innego zestawu.

Fizyka radiacyjna atmosfery ma w głębokim poważaniu nasze etykietki i nasze miary i wartości. Istnieje konkretne realne, mierzalne, udowodnione i prognozowane zjawisko fizyczne, które nas wszystkich obciąży poważnymi kosztami w niedalekiej przyszłości, a działanie teraz, o ile będzie wspólne, pozwoli je redukować. Etykietki i to jak to będziemy nazywać, to kwestia wtórna. Liczy się skuteczne rozwiązanie, bo jest jedno pastwisko (atmosfera) i za dużo owiec (CO2 w atmosferze).

Czyli że to fakty i wiedza naukowa każą nam porzucić wiarę w zbawienną rolę wolnego rynku oraz jego niewidzialnej ręki, która każdemu zrobi dobrze?

Ta wiara nigdy nie była oparta na faktach ani na racjonalnych przesłankach. Co więcej. mamy za sobą całą masę udanych i skutecznych interwencji w rynek które, gdyby nie zostały podjęte, dziś wiązałyby się z gigantycznymi kosztami. Np. protokół z Montrealu ograniczający globalnie emisję związków CFC skutkuje dziś mierzalnym zmniejszeniem dziury ozonowej. Tak samo było z emisjami SO₂, słyszeliśmy kiedyś wiele o kwaśnych deszczach, dziś dzięki systemowi handlu emisjami (ETS), identycznym, jak w przypadku CO₂, mamy ich drastyczne obniżenie. Kto był w górach Izerskich, ten może sobie wyobrazić jak wyglądałyby dzisiaj inne lasy, gdyby tego nie zrealizowano.

Czyli da się, nie jest to ani nic nowego, ani szczególnie niemożliwego do realizacji. Teraz w Paryżu w ramach COP21 ma zostać podpisane porozumienie by zrobić to samo, tylko na wiele większą skalę, z dwutlenkiem węgla i innymi gazami cieplarnianymi.

Różnego rodzaju porozumienia są podpisywane od lat. Zazwyczaj słyszymy jednak, że Chiny nie podpisały, USA oprotestowały, Kanada, Australia… Co z tego, ze kraje Europejskie się zobowiążą i podpiszą, kiedy i tak największe gospodarki świata będą robić swoje? czy nie wyjdzie jak z tym wieśniakiem ograniczającym wypas owiec na wspólnym pastwisku? Ci najbardziej świadomi zapłacą za to, żeby Ci najbogatsi mogli się szybciej bogacić?

Taki był po części efekt Kyoto, i Kopenhagi. Dziś mamy już jednak 2015 rok, do 2050 roku zostało 35 lat, i dzisiejsi decydenci będą wtedy już na emeryturze, więc problem redukcji emisji dotyczy ich dużo bardziej. Dzisiaj widzimy ogromne zmiany polityczne. Chiny, Kanada, nawet USA nadają kwestii zmian klimatu najwyższy priorytet. W USA zmiana nastąpiła chyba dopiero po druzgocącym raporcie Pentagonu, charakteryzującym te zmiany jako czołowe zagrożenie dla kraju.

Nawet papież Franciszek wystosował encyklikę „Laudato Si” (w niektórych polskich anty-środowiskowych kręgach nazwaną antypolską herezją), w której jasno i klarownie pokazał miliardowi chrześcijan, że zmiany klimatu są dla chrześcijanina kwestią moralności.

http://www.yaleclimateconnections.org/2015/10/editorial-cartoonists-their-take-on-pope-in-washington/

Kwestionowanie antropogenicznych zmian klimatu w dzisiejszych czasach wymaga już co raz więcej odwagi i wysiłku po to, by zaprzeczyć politycznym i fizycznym faktom.

W Kanadzie takie stanowisko zakończyło się porażką w wyborach. Jeśli nasz rząd przyjmie podobną strategię, to zapewne czekają go ciężkie chwile na arenie międzynarodowej. Na szczęście pani premier powiedziała, że podpisze porozumienie pod warunkiem, że zrobią to wszyscy.

To, z czym wróci do Polski, może wywrócić do góry nogami szereg celów, priorytetów i obietnic wyborczych złożonych różnym grupom zawodowym.

Bogate kraje mogą sobie pozwolić na ochronę środowiska. Nowe, droższe źródła energii, udoskonalone technologie… My dopiero dołączamy do najbogatszych państw świata. Ale gdybyśmy mieli podnieść rachunki za prąd czy gaz o 30%, to na pewno nie obyłoby się bez poważnych perturbacji społeczno-politycznych. A co mają zrobić kraje naprawdę biedne? Czy możemy oczekiwać od nich kontrybuowania na rzecz wspólnego środowiska?

Koszty paradoksalnie nie są tak duże, więc nie mówimy o wielkiej zwyżce. Z pewnością gdyby zapytać Polaków, czy zgodzą się zapłacić nieco więcej za prąd lub ropę, by ich dzieci nie cierpiały na astmę z powodu niskich emisji (np. pyłów powstałych przy spalaniu węgla) to większość byłaby za. Polska często ma najgorsze powietrze w Europie, wszyscy za to płacimy już teraz, tylko nie w złotówkach. W czasie “dni smogu” obserwujemy zwiększoną śmiertelność z powodu zawałów serca.

To też zadanie dla rządu by mądrze zapobiegać tzw. „energy poverty” czyli sytuacji gdy najbiedniejszych nie stać na ogrzanie mieszkania, a segregacja śmieci w ich wypadku polega na podziale śmieci na palne i niepalne, a palne na takie, które pali się w dzień lub w nocy (bo dym jest wtedy tak gęsty że zwraca na siebie uwagę). Tutaj trzeba to rozwiązać systemowo, konstruować mądre wsparcie dla takich osób. Kara nic nie da, bo jak ktoś dotację na węgiel może wydać na ogrzewanie lub jedzenie dla dzieci to wiadomo co wybierze. I tak, my wszyscy powinniśmy to finansować, bo oddychamy jednym powietrzem.

Zmiana w Polsce wymagałaby zamknięcia większości kopalni, elektrociepłowni węglowych… Tysiące miejsc pracy, budowanie nowych elektrowni w innych technologiach. To są nieduże koszty?

Są to koszty rozłożone w czasie, i trzeba mieć na uwadze, że jeśli się ich nie poniesie to czekają nas dużo gorsze rzeczy: rolnicy bez plonów, ośrodki wczasowe w górach bez turystów i bez śniegu, masowy napływ imigrantów i zniszczenia z powodu ekstremalnych zjawisk pogodowych. To jest perspektywa kolejnych dekad, doświadczymy tego wszyscy w większym lub mniejszym stopniu za naszego życia. Pytanie tylko jak bardzo.

Nie możemy i nie powinniśmy z dnia na dzień zamykać naszych kopalni, cała nasza energetyka na nich stoi, niemniej wmawianie młodym górnikom że w węglu jest przyszłość to moim zdaniem zbrodnia.

Politycy, szczególnie Ci skuteczni, są mało efektywni jeśli chodzi o kosztowne działania z których korzyści nie przypadają na ich kadencję. Trochę jak żaba w garnku na ogniu, będzie siedzieć aż będzie za późno. Ale mamy takich polityków, na jakich zasługujemy, i nie ma na horyzoncie skuteczniejszej metody zarządzania dużą populacją ludzi.

Ale przecież rząd nie ma własnych pieniędzy, a firmy energetyczne też żyją z tego, co im zapłacą klienci. Koszty zmian i tak poniesiemy my wszyscy. Proszę powiedzieć emerytowi, a stanowią oni coraz większą część naszego społeczeństwa, że ma płacić więcej. Nawet, jeżeli się zgadza, jeżeli środowisko jest dla niego ważne, zapyta – a skąd mam wziąć?

Opodatkowanie emisji CO₂ może generować poważne przychody do budżetu, które można wykorzystać na wspieranie pomysłów zrównoważonych i niwelowanie negatywnego wpływu dla najbiedniejszych lub emerytów, albo np. obniżać opodatkowanie pracy (np. ZUS). W tym ostatnim wypadku ci, którzy emitują więcej CO₂ wspierają tych, którzy emitują go mniej, co zwykle koreluje z zamożnością.

Zmiany też nie muszą oznaczać drastycznych wydatków z kasy państwa, wręcz odwrotnie. Sytuacja gdy dojeżdżanie paliwożernym autem do pracy stanie się nieopłacalne (sytuacja z wielu skandynawskich stolic), a droższy samochód elektryczny będzie tam wjeżdżał za darmo, działa jak impuls, na który rynek reaguje zwykle bardzo szybko. Jednak bez tego impulsu elektryczne auta kupują tylko „gadżeciarze” i bogaci pasjonaci, a wszyscy stoimy w korkach i kaszlemy.

Nie jestem zwolennikiem samodzielnej walki z wiatrakami. Wolę systemowe, przemyślane rozwiązania, które dotyczą wszystkich, i optymalizują sytuację również dla wszystkich, mądrze i prosto poprawiając rynek tam gdzie on zawodzi.

Są w świecie państwa, które żyją ze szkodliwych technologii. Z wydobycia węgla, z jego spalania… Za to np. Francja stoi głównie czystą energią atomową, Niemcy mają ogromny udział innych odnawialnych źródeł energii. Czy koszty rozłożą się równomiernie?

Jeżeli porozumienie o redukcji emisji CO₂ do 2050 do zera wejdzie w życie, będzie to oznaczało bardzo ciekawe konsekwencje dla rynków energii.

70% węgla, 50% ropy i 30% gazu ziemnego w znanych złożach zostanie pod ziemią.

Nieważne czy się to komuś podoba czy nie. Nawet jeśli będzie chciał swoje zasoby sprzedać (podaż), może się okazać że już nie będzie na to kupców (popyt). Każdy nowy elektryczny samochód na drodze, to jeden mniej samochód tradycyjny który nigdy nie będzie już zatankowany.

Oczywiście globalna rozgrywka w tej kwestii pójdzie teraz w kierunku CZYJE zasoby zostaną pod ziemią. Jeśli popatrzeć na ogromną aktywność Arabii Saudyjskiej w wydobyciu i pompowaniu maksymalnych ilości ropy po minimalnych cenach, to odpowiedź z ich strony nasuwa się jedna: NIE NASZE.

Dla innych krajów może to oznaczać poważne kłopoty. Warto wspomnieć, że w przypadku Rosji gdyby odjąć ich przychody z paliw kopalnych to ich PKB nominalnie będzie na poziomie Polski. Przy 5-krotnie większej liczbie ludności – czyli per capita na poziomie dzisiejszej Ukrainy.

A inne kraje? Te, które żyją z eksploatacji zasobów naturalnych i te, które mają gospodarkę zorientowaną na wysokie zużycie surowców naturalnych? Biedniejsze kraje Azji, Afryki? Jak to wpłynie na ich gospodarkę, obywateli?

Jednym z powodów problemów krajów afrykańskich w kwestii rozwoju jest to, że nigdy nie było tam dużo węgla (poza RPA). Dziś to w pewnym sensie błogosławieństwo, bo Afryka (przynajmniej część, krajów bo to kontynent różnorodny) przechodzi obecnie rewolucję energetyczną. Mają za sobą rewolucję telefonii komórkowej, oni przeskakują całe etapy rozwoju, bo nigdy np. nie mieli rozwiniętej sieci telefonii naziemnej. Tymczasem do 2030 Afryka będzie wytwarzać z OZE dwa razy więcej energii niż posiada dziś ze źródeł konwencjonalnych.

Każdy kraj we własnym zakresie konstruuje plany dekarbonizacji, w każdym kraju będzie to wyglądało inaczej, i nie obędzie się bez solidarności i pomocy wzajemnej. Wiemy np., że kraje bogatsze będą musiały redukować emisje podczas gdy u biedniejszych będą one rosły.

Jak to? To niesprawiedliwe!

Zachód przez 150 lat rozwijał się dzięki paliwom kopalnym, odmówienie prawa do wzrostu krajom rozwijającym się to dopiero niesprawiedliwość! Wszyscy siedzimy w jednej łódce i musimy się tu pomieścić i współpracować, bo tylko wspólne działanie będzie skuteczne.

30 listopada rozpoczęła się w Paryżu dwutygodniowa konferencja COP21. Do czego mają się zobowiązać wszystkie Państwa? Jakie jest oczekiwane zobowiązanie Polski i jakie to pociągnie za sobą konsekwencje dla nas wszystkich?

Każdy kraj składa tzw. INDCsy (Intended Nationally Determined Contributions) czyli dobrowolne deklaracje na temat swoich planów redukcji emisji. Polska również je przedstawiła. Cel jest taki by zredukować emisje o 80% do roku 2050 i uniknąć ocieplenia powyżej 2 stopni Celsjusza do 2100.

Ani jedno, ani drugie nie jest realne przy obecnych deklaracjach. Można mieć nadzieję, że te deklaracje i realizowane cele będą zaostrzane z biegiem czasu. Jeżeli nie, to niewidzialna ręka rynku nieodzownie zadba o 1% najbogatszej populacji, a reszta będzie narzekać na nasze pokolenie, że do tego dopuściliśmy.

Bardzo dziękuję za kolejna odsłonę i przybliżenie tematu. Spełnia się chińskie przysłowie „obyś żył w ciekawych czasach”.

Dziękuję, i życzę nam i potomkom dobrego antropocenu. 🙂


Pierwszą część rozmowy znajdziesz, Drogi Czytelniku, tutaj – Globcio – niewygodna prawda czy totalna ściema?

A co w kwietniu 2018 powiedział Adam Błażowski w tej samej sprawie? Przeczytacie tutaj – Adam Błażowski – przeciw pedagogice klimatycznego wstydu

Adam Błażowski

Z Adamem Błażowskim, ekoracjonalistą, przedsiębiorcą, pasjonatem efektywności energetycznej i zapewne przyszłym emerytem rozmawiał Mateusz Kijowski

(tekst pierwotnie opublikowany na portalu naTemat.pl 9.12.2015)

No votes yet.
Please wait...

Facebook Comments