Czy są jakieś granice wolnej dyskusji?

Kiedy powstawała w Gdańsku Solidarność, Jacek Kuroń zadzwonił do swoich przyjaciół z wybrzeża i powiedział — Jak ja Wam dziękuję, że zabraliście ode mnie tych wszystkich wariatów! — Tak mi ktoś opowiadał. Nie wiem, czy to prawdziwa opowieść. Ale coraz bardziej w to wierzę…

O socjologii tłumu, o ruchach społecznych, o społecznej aktywności naukowcy wiedzą już chyba wszystko. To od dawna badane zjawisko. Kiedy ludzie masowo dołączają do jakiejś idei, nie wszyscy mają to samo na myśli. Zdecydowana większość chce działać dla idei. Ale pojawiają się również osoby, które maja inne cele.

Jedni marzą o popularności. Inni chcieliby sprawdzić swoje teorie w działaniu. Jeszcze inni po prostu chcieliby widzieć za sobą tłumy. Niektórzy też marzą o tym, żeby pojawić się w mediach. A są i tacy, którzy widzą się na barykadach, nad krwawiącymi ciałami swoich współpracowników…

No dobrze. Ale co to wszystko ma do dyskusji? Do wolności słowa?

Ano trochę ma. Oczywiście ograniczanie wolności wypowiedzi jest przeżytkiem czasów totalitaryzmu i dzisiaj by się nie sprawdziło. Stąd wszelkie zapędy, żeby kogoś zagłuszyć, zablokować, zbanować są chybione. Trzeba pozwolić każdemu mówić. Ale co robić, kiedy ktoś nie wie, o czym mówi? Kiedy, jak mówił klasyk, „duby smalone bredzi”? Albo kiedy w sposób nieodpowiedzialny wykorzystuje słuchaczy czy czytelników?

Nadal nie można zabronić. I nie należy zabraniać. Każdy może mówić to, na co ma ochotę. To jedna z podstawowych zdobyczy demokracji. Ale… czy wszędzie? Czy mój sąsiad ma prawo przyjść do mnie do domu, żeby mi mówić, że jego zdaniem jestem złodziejem? Albo że jestem komunistą? Albo że to, co robię, jest niemądre, szkodliwe, złe?

Nie. W moim domu to ja decyduję, kto przychodzi i mam duży wpływ na to, o czym i jak będziemy rozmawiać. Jeżeli nie chcę , żeby ktoś mnie odwiedzał, to go nie wpuszczam, chyba że ma nakaz sądowy. To moje podstawowe prawo obywatelskie. Prawo do prywatności.

A co, kiedy ktoś postanawia, że będzie się wypowiadał w moim imieniu? Występuje publicznie i ogłasza, że wie, co ja zamierzam zrobić lepiej, niż ja sam? Albo twierdzi, że ze mną rozmawia, kiedy prowadzi monolog?

Wielu nie zna odpowiedzialności za słowa. Czują ich moc, używają ich żeby osiągać cele, ale nie rozumieją konsekwencji. Historia dopiero obnaża prawdziwe cele i prawdziwe efekty. Konstanty Ildefons Gałczyński już w 1953 roku w „Balladzie o trzęsących się portkach” pisał:

Gdy wieje wiatr historii,
Ludziom jak pięknym ptakom
Rosną skrzydła, natomiast
Trzęsą się portki pętakom.

Po czym poznać pętaków? Ano po tym, że im się trzęsą portki. Oraz po tym, że nie mają odwagi zrobić nic swojego, własnego. Podrabiają, podszywają się, oszukują. I kradną idee, nazwy, znaki. Co robić? Wojciech Młynarski dał jasną odpowiedź — Róbmy swoje! — Ale… żal patrzeć na tych małych ludzi.

Czy są zatem jakieś granice wolnej dyskusji? Odpowiedzialność za słowa? Logiczna analiza wypowiedzi? A może chociaż poczucie żenady?

(tekst pierwotnie opublikowany na portalu naTemat.pl 04.03.2016)

No votes yet.
Please wait...

Facebook Comments