Redaktorzy konfabulatorzy

Wprost publikuje artykuły „analityczne” i wywiad na temat KOD i KWRD. naTemat prezentuje analizę opartą na braku wiedzy i insynuacjach. wSieci chwali się materiałem śledczym, który raczej można by nazwać podróżą po podświadomości autora. No, może uzupełnioną plotką i oszczerstwem. Mamy gwałtowny wysyp tego typu materiałów. Co je łączy?

Kiedyś tytułowe określenie redaktor konfabulator było zastrzeżone dla pewnego „dziennikarza śledczego”, który z czasem objął funkcję redaktora naczelnego tygodnika, z którym był związany przez kilkanaście lat. W dalszym ciągu jest aktywny zawodowo i publikuje swoje wyobrażenia o rzeczywistości w mediach, dla których ideologiczne zaangażowanie jest znacznie ważniejsze, niż rzetelne opisywanie rzeczywistości. Widać nie jest w stanie dotrzeć do rzetelnych informacji. Bo przecież w celowe dezinformowanie nikt nie uwierzy.

Nie byłoby warto poświęcać zbyt wiele uwagi takim osobom, gdyby ich przykład nie był zaraźliwy. Dzisiaj mamy wielu redaktorów konfabulatorów w różnych mediach – nie tylko tych, które uczciwi ludzie określają mianem szczujni. Potrzeba kreowania własnej, równoległej rzeczywistości, wychodzi poza świat ludzi posługujących się piórem. Coraz częściej kreowaniem rzeczywistości zaczynają się zajmować również inne instytucje, które powinny tę rzeczywistość rzetelnie badać i opisywać – na przykład ośrodki badania opinii społecznej, które chyba słusznie zaczynają być określane mianem sondażowni.

Kiedyś tego typu zachowania określało się jako plotkarstwo czy obgadywanie. Odwoływano się nawet do magla, jako miejsca, gdzie takie plotkarstwo czy obgadywanie miało rzekomo mieć miejsce. Jednak to, co widzimy dzisiaj w nerwowych reakcjach mediów „narodowych”, „proreżimowych” (dawniej „niepokornych”) oraz szukających na siłę oglądalności, czytelnictwa czy klikalności, dawno przebiło poziom magla, szukając mułu poniżej dna.

A jak to działa? To proste. Po pierwsze wokół każdej organizacji, każdej idei, każdego tematu, który zyskuje popularność, gromadzą się różni ludzie. Na przykład mój ojciec, profesor – fizyk teoretyczny, zajmujący się teorią względności sformułowaną przez Einsteina, miał stalkerów, którzy regularnie go nachodzili próbując udowadniać, że Einstein się mylił. Swoich stalkerów, lub po prostu swoich „oszołomów” mają wszystkie partie polityczne, wszyscy liderzy, celebryci, popularni dziennikarze – wszyscy ludzie znani.

Co robi redaktor konfabulator? Szuka człowieka, który potwierdzi zrodzone w głowie redaktora koncepcje i hipotezy. Na kogo trafia najczęściej? Na stalkerów i oszołomów. Bo ludzie zajmujący się czymś na poważnie nie dają się wciągać w spiskowe teorie, rozmowy o wydumanych hipotezach czy zwykłe plotkarstwo. Redaktor konfabulator, z głową pełną dziwacznych hipotez w spotkaniu z „oszołomem” wpada w rezonans. Wzajemnie się napędzają, rozwijając spiskowe teorie oraz wypełniają je strzępkami faktów, nazwiskami, wyrwanymi kawałkami wypowiedzi czy wręcz wymyślonymi zdaniami. Tak powstaje materiał, który na pierwszy rzut oka nosi znamiona materiału śledczego.

Czy czytelnik lub odbiorca jest w stanie się ustrzec przed „produkcjami” konfabulatorów? Jest kilka podstawowych metod. Po pierwsze redaktor konfabulator nie pyta o zdanie tego, o kim pisze. Danie możliwości ustosunkowania się do zarzutów temu, kogo się chce pogrążyć, niszczyłoby misterną konstrukcję konfabulatora. Poznanie drugiej części zdania, kontekstu zdarzenia, sprostowanie nieprawdy – to byłoby zabójcze dla „rewolucyjnych hipotez”.

Po drugie źródłem informacji zazwyczaj są osoby anonimowe. Jeżeli usłyszycie, że analiza psychologiczna Jarosława Kaczyńskiego została oparta na opiniach byłego anonimowego członka Porozumienia Centrum, możecie być pewni, że to mistyfikacja. Jeżeli nie jest to osoba anonimowa, to na pewno jest w konflikcie z organizacją. Może właśnie została pozbawiona funkcji w organizacji, przegrała wybory, nie udało się jej przeforsować swojej koncepcji czy projektu, lub prowadzi właśnie aktywną kampanię i liczy, że materiał prasowy jej pomoże w osiągnięciu celów.

Po trzecie – w „produkcji” redaktora konfabulatora musi być jakaś sensacja. Nie może być tak, że ludzie nie umieli się dogadać, że mieli różne koncepcje, że źle układała się współpraca, że zewnętrzne uwarunkowania uniemożliwiły realizację zamierzeń, że ktoś się pomylił lub źle ocenił szanse. Nie. Konfabulator wszędzie wyśledzi aferę, spisek, zamach, intrygę i niecne intencje. Tak, jakby wśród normalnych ludzi możliwe były tylko pasma nieustających sukcesów, a wszelkie potknięcia musiały być efektem podstępnych lub dyktowanych złymi intencjami działań.

Po czwarte wreszcie… jeżeli materiał prasowy pochodzi od redaktora konfabulatora – kogoś, kto już wcześniej był regularnie przyłapywany na konfabulacji – to są ogromne szanse, że jest konfabulacją. Nie możemy odmawiać ludziom prawa do zmiany postepowania, do odrzucenia niecnych praktyk, do „nawrócenia”. Ale takie przełomy są zawsze połączone z jakąś informacją od tego, kto chce zejść ze złej drogi i z krytyką swojego wcześniejszego postępowania.

I po piąte wreszcie… redaktor konfabulator chętnie powołuje się na innych redaktorów konfabulatorów. Zgodnie ze starą zasadą, że kłamstwo wielokrotnie powtórzone staje się prawdą, konfabulatorzy budują wiarygodność swoich hipotez i koncepcji wspierając się wzajemnie, cytując i potwierdzając.

Gdyby te wszystkie pięć metod zawiodło, jest jeszcze szósta. Ostateczna i niezawodna. Redaktor konfabulator nie zajmuje się istotą sprawy. Interesuje się raczej tym, kto kogo obraził, kto w przedszkolu ukradł koledze zabawkę, kto użył mocniejszego słowa, czy pilnie uczęszczał na lekcje religii, gdzie i z kim spędzał wakacje, ile miał narzeczonych w liceum i czy posługuje się językiem parlamentarnym, czy też zdarza mu się użyć cięższego słowa. A może kiedyś przekroczył ograniczenie prędkości albo nie zapłacił za parkowanie w strefie płatnej? O, redaktor konfabulator już węszy genetycznie uwarunkowaną socjopatię lub mafijne powiązania.

Ale media to nie wszystko. Opinię publiczną można również kształtować poprzez… badania opinii publicznej. Jakby tak umieścić KOD na liście partii w badaniu poparcia dla partii politycznych? Albo Kijowskiego na liście polityków w badaniu zaufania do polityków? Na pierwszy rzut oka wygląda nieźle. Ale przecież nie trzeba być specjalistą od badań, żeby zrozumieć, że umieszczenie kogoś na jakiejś liście ma znaczenie. Jeżeli KOD od samego początku swojego istnienia podkreśla, że nie jest partią polityczną i nie zamierza walczyć o władzę, umieszczanie go na liście partii służy wyłącznie podważeniu takiej deklaracji i podważeniu czystych intencji ruchu społecznego. Po wielokrotnym jednoznacznym podkreślaniu naszych intencji i planów trudno byłoby uwierzyć, że ośrodek badania opinii działa w takim przypadku nieświadomie.

Proponowałbym ośrodkom badania opinii społecznej, które chcą być jednocześnie twórcą i tworzywem, aby umieściły mnie na liście najpopularniejszych tancerzy, Joachima Brudzińskiego w badaniu najbardziej wpływowych filozofów oraz porównać Jarosława Kaczyńskiego z innymi znanymi polskimi wokalistami. Będzie wspaniały materiał do analiz dla redaktorów konfabulatorów. Tak się tworzy rzeczywistość! Wirtualną?

(tekst pierwotnie opublikowany na portalu naTemat.pl 20.07.2016)

No votes yet.
Please wait...

Facebook Comments