Społeczne, czyli jakie?

Słowo „społeczne” nie ma w polskim języku dobrych konotacji. Społeczne, czyli niczyje – tak było zawsze. Zakład gospodarki uspołecznionej to taki, który można spokojnie okradać. Każdy uczeń musiał kiedyś „odbębnić” określoną liczbę godzin prac społecznych. Nawet dzisiaj można zostać skazanym przez sąd na prace społeczne, a kara to nic dobrego.

Język angielski też nam nie pomaga – „społeczny” tłumaczy się tak samo jak „socjalny”. Kiedy szukamy synonimów, zaraz za trochę nijakim „public” pojawiają się „communal” czy „collective”. Znowu skojarzenia z czasem słusznie minionym. Komuna, kolektyw… chcielibyśmy o tym zapomnieć. Zapomnijmy o wszystkim, co kiedyś nam się kojarzyło ze słowem „społeczne”.

Zajrzyjmy do Konstytucji RP, której bronimy aktywnie od końca 2015 roku. „Społeczne” w różnych formach występuje tu prawie 20 razy. A w artykule 20., w którym zdefiniowano ustrój gospodarczy, nawet dwa razy. A chodziło o odróżnienie od centralnie sterowanego systemu gospodarki uspołecznionej z czasów PRL‑u. Paradoks?

Przywróćmy słowom znaczenie. Wróćmy od ideologicznych frazesów do treści. Politycy idąc do wyborów głoszą zazwyczaj, że chcą oddać władzę ludziom. Wyborcy uważają, że to właściwy kierunek, więc i hasło daje efekty. Dopiero po wyborach dowiadujemy się, których ludzi zwycięska partia miała na myśli. Czy wszystkich ludzi, czy może, parafrazując tytuł popularnego niegdyś filmu, wszystkich ludzi prezesa.

Polska przed listopadem 2015 roku nie była państwem idealnym. Wiele obszarów krzyczało wręcz o zmiany. Jednym z nich był udział obywateli – zainteresowanie sprawami publicznymi i świadome zaangażowanie. Zaangażowanie, które nawet w najważniejszych momentach naszej historii – na przykład w czasie wyborów 1989 roku – nie było oszałamiające. Frekwencja wyborcza nieprzekraczająca 2/3 uprawnionych, a zazwyczaj oscylująca wokół połowy, mówi sama za siebie. Od dziesięcioleci wielu z nas utwierdza się w przekonaniu, że nie mamy realnego wpływu na rzeczywistość. A skoro nie mamy wpływu, to po co się udzielać?

Najłatwiej byłoby przekonać ludzi do zaangażowania oddając im więcej spraw do samodzielnego decydowania. Kierunek wytyczyła reforma samorządowa. Prawdopodobnie najlepsza ze wszystkich reform w Polsce po 1989 roku. Jednym z kolejnych kroków było wprowadzenie budżetów partycypacyjnych. Szliśmy po tej drodze zbyt wolno, stąd i efekty nie były oszałamiające. Jednak trzymaliśmy kierunek.

Po ostatnich wyborach parlamentarnych nowa władza postanowiła zebrać mocno lejce i… zawrócić. „Wszyscy ludzie” stali się „wszystkimi ludźmi prezesa”. Samorządy ograniczyć, władzę skoncentrować, trójpodział zlikwidować. W dawnych czasach, kiedy dostęp do edukacji i informacji był ograniczony do nielicznych, oświecony władca, czy nawet dyktator mógł prowadzić kraj ku pomyślnej przyszłości. Dzisiaj to przeżytek. W konkurencji z innymi krajami trzeba wykorzystać potencjał wszystkich obywateli. Obywatele jako ciemna siła robocza – to zbyt wielka rozrzutność.

Marzę o Polsce jako o państwie społecznym. Złożonym z małych społeczności. Nieważne – czy lokalnych, czy skupionych według innych kryteriów (chociażby zawodowych). Społeczności, które same będą decydowały o swoich sprawach, a z innymi społecznościami uzgadniały to, co dotyczy obszarów wspólnych.

Marzę, aby podstawowa zasada praworządności – że człowiek może wszystko, co nie jest wprost zabronione zaś władza może tylko to, co jest wprost dozwolone – stała się podstawą społecznej aktywności. I żeby prawo było ograniczone do tego, co dla społeczeństwa i społeczności rzeczywiście konieczne.

Marzę, żeby decydowali ludzie i społeczności. A zamiast rządzenia, żeby pojawiła się koordynacja i współpraca.

Czy to za wiele?

(tekst pierwotnie opublikowany w numerze z października 2017 Naszego Czasopisma)

Rating: 1.0/5. From 1 vote.
Please wait...

Facebook Comments