Mam prawo bronić rodzinę

Mam dosyć. Kłamstwa na mój temat szczujnia rozpowszechniała od marca 2015. W listopadzie 2015 ich natężenie się nasiliło. Przywykłem. Trudno mieć do kogoś pretensję o to, że jest kanalią. Kiedy moi współpracownicy zaczęli powtarzać i wspierać te kłamstwa, byłem mocno zdziwiony. Ale ponieważ nie robili tego wobec mnie, a za plecami, zakładałem, że może ktoś coś przekręcił.

Niczego nie podejrzewałem, kiedy w grudniu 2015 pewna bulwarówka napisała o moich alimentach. A trzeba było się zastanowić. Przecież zaledwie kilka tygodni wcześniej na pierwszy spotkaniu w gronie kilkunastu osób każdy mówił, co można mu zarzucić, żebyśmy byli przygotowani na ataki i mogli się wzajemnie bronić. Tylko moje sprawy zostały wyciągnięte przez brukowiec. Przypadek?

Jesienią przychodzili do mnie przyjaciele i mówili, że zadawano im dziwne pytania. Pytano, czy gdyby wybuchła afera fakturowa, to stanęli by przy Kijowskim czy przy tych, którzy by tę aferę rozpętali. Nie reagowałem. Nie wierzyłem, żeby ktoś mógł to faktycznie nakręcać. Zresztą jaka afera fakturowa? Przecież od miesięcy wiele osób z organizacji do mnie przychodziło i pytało o faktury (bo ktoś im naopowiadał jakichś dziwnych historii). A kiedy słyszeli prawdę mówili, że nie wiedzą po co ktokolwiek to nakręca. Wtedy też nie reagowałem. No bo w końcu co mógłbym zrobić? Oskarżyć kłamców jako pierwszy? Samemu rozpocząć bratobójczą walkę w organizacji? Zastosować niegodne metody? Właściwe ludziom podłym i małym? Nie mam zwyczaju oskarżać publicznie ludzi. Nie uważam za stosowne roztrząsać publicznie spraw osobistych – czy to moich czy innych ludzi. Nie pozwolę sobie nigdy na działania, które potępiam u innych. W swojej naiwności uwierzyłem, że prawda sama się obroni.

Kiedy nakręcana od miesięcy afera została odpalona nie mogłem uwierzyć. Nie wiedziałem, jak reagować. Moje prostolinijne tłumaczenia trafiały na agresję i kolejne kłamstwa. Byłem zaskoczony, oburzony i zagubiony. Wycofałem się z publicznego wypowiadania i występowania. Wielu mówiło, że trzeba się wycofać i poczekać, aż się atmosfera oczyści i wrzawa ucichnie. Ale wrzawa nie ucichła. Do oszczerców i kłamców ze szczujni dołączyli najpierw niektórzy z moich współpracowników, później również wielu liderów opinii z tak zwanych środowisk liberalnych. Dziennikarzy, polityków, działaczy. Nikt już nie szukał informacji, dokumentów źródłowych, nikt nie szukał prawdy. Za to wielu czuło się w obowiązku wyrazić swoją zdecydowaną opinię. Co bardziej zachowawczy ograniczali się do wyrazów współczucia, że „taki był nieostrożny”. Inni wprost stawiali zarzuty. Nawet, kiedy mieli dostęp do dokumentów jednoznacznie wskazujących, że te zarzuty są nieprawdziwe. W końcu komu by się chciało studiować dokumenty źródłowe? Nawet, jeżeli jest profesorem historii czy dziennikarzem śledczym…

W końcu w tak zwanym salonie do dobrego tonu weszło, żeby wykazać się zgrabnym kopnięciem Kijowskiego. Trudno jest dotknąć prawdziwych oponentów. Kijowski był blisko, więc nawet króciutką nóżką łatwo było dosięgnąć. Przecież ten, kto kopie innego, wykazuje swoją wyższość. Tak, do was piszę – dziennikarze mediów liberalnych, tak zwanych antypisowskich. Czy przypadkiem nie po prostu konformistycznych? Oddających rzetelność za klikalność czy oglądalność?

W 2017 roku moja rodzina popadała w coraz głębszą destabilizację finansową. Ale nawet Ci, którzy „życzliwie radzili”, żebym się wycofał do Sulejówka i napisał książkę nie zauważali, że w tej analogii brakowało mi jednego istotnego elementu – Sulejówka – miejsca i środków do skoncentrowania się na pisaniu książek czy szykowaniu do przyszłej działalności. Te rady można by w skrócie sprowadzić do: „Zejdź nam z oczu i nie zawracaj głowy. Zrobiłeś swoje, teraz spadaj.” Padały z ust osób, które niewiele wcześniej wychwalały mnie pod niebiosa, zabiegały o moją przychylność, zapraszały na spotkania jako honorowego gościa.

W 2017 roku choroba mojej Mamy drastycznie przyspieszyła. W Boże Narodzenie 2016 chodziła o dwóch kulach. Dzisiaj jest całkowicie sparaliżowana. Porusza jedynie głową i ustami. 24 godziny na dobę musi korzystać z respiratora. Nie jest w stanie samodzielnie oddychać dłużej niż chwilę na zmianę maski. To choroba układu nerwowego. Niech mi ktoś zaręczy, że stres wywołany lawiną kłamstw, nienawiści i hejtu, który spłynął na cała moją rodzinę nie miał wpływu na postęp choroby mojej Mamy.

O moich dzieciach mówi cała Polska i nie tylko. Nic o nich nie wiedzą, ale nie przeszkadza im to wygłaszać wyrazistych i zdecydowanych ocen. Czy ci, którzy tak się niby troszczą o ich los mają świadomość, jaki im garb wkładają na plecy? To dorosłe osoby. Samodzielne i dobrze sobie radzące w życiu. Ale piętno, którym hejterzy ich obarczają na pewno im nie pomoże. Tego właśnie chcecie?

Kilka dni temu byłem u przyjaciela. Następnego dnia robotnicy z budowy obok jego bloku obrzucili go obelgami, w których przewijało się moje nazwisko. Każdy, kto jest blisko mnie, natychmiast jest poddawany ostracyzmowi czy niechęci ze strony zaangażowanych obrońców moralności publicznej, sprawiedliwości i prawa.

Ciężka sytuacja naszej rodziny zaczęła się od kredytu frankowego oraz choroby nowotworowej mojej żony. Dodatkowym uwarunkowaniem jest to, że mieszkamy z dwoma niepełnosprawnymi synami, którzy co prawda są pełnoletni, ale samodzielni być może kiedyś będą. Kiedy sytuacja zaczęła nas przygniatać, uznaliśmy, że mam prawo powiedzieć o tym, jak jest. Przed listopadem 2015 radziliśmy sobie i widzieliśmy perspektywę wyjścia z kłopotów. Po dwóch latach aktywności w sferze publicznej znaleźliśmy się na skraju przeżycia. Powiedziałem to publicznie.

Natychmiast zerwał się chór szlachetnych, mądrych i prawych. Wszyscy tłumaczyli, że to obciach. Obciach być w trudnej sytuacji. Obciach mieć kredyt frankowy? Obciach mieć chore dzieci? Obciach chorować na raka? Obciach zaangażować się w działalność publiczną? Obciach zostać kłamliwie oskarżonym i obrzuconym oszczerstwami i obelgami?

Powtórzę – nie mam pretensji do kanalii, że są kanaliami. Ale też nie przejmuję się ich opiniami. Ale czy może się uważać za osobę uczciwą, sprawiedliwą i prawą ktoś, kto włącza się czynnie, albo tylko bezczynnością w niszczenie ludzi? W niszczenie rodzin? Czy to osoba prawa i sprawiedliwa?

Nie wiem, jakie wartości wyznajecie. Na pewno nie jest mi z wami po drodze. I żałuję, że kiedyś szliśmy obok siebie. Bo to musiało być nieporozumienie. Ja szedłem po szacunek dla różnorodności, wzajemną troskę i solidarność, uznanie dla odrębności każdej osoby. Szedłem po wolność, równość i demokrację. Solidarność i braterstwo. Ale w tych wartościach to, co zrobiliście mojej rodzinie, się nie mieści. Dla kogo ważniejsze jest, żeby się nie narazić niż żeby dotrzeć do prawdy, ten nie jest ze mną. Ten, kto wyżej ceni równy krok z innymi niż ich samych, nie jest ze mną. Kto wyżej ceni udany żart, niż rzetelność, nie jest ze mną. A ja nie jestem z nim. Nie jest mi z nim po drodze. Bo nauczyłem się dawno, że nie jest wstydem być w mniejszości, być oskarżanym dyskryminowanym, odepchniętym. Wstydem jest odpychać, oskarżać, dyskryminować.

Kiedy rozważałem emigrację trudna sytuacja materialna była głównym powodem. Ale bardzo mnie utwierdzał w tym kierunku myślenia zawód. Nie zawiodłem się na rządzącej partii. Po niej nie oczekiwałem niczego dobrego. Nie zawiodłem się na jej zwolennikach. Oni w naturalny sposób podążają za swoimi liderami, dopóki nie znajdą alternatywy. Zawiodłem się na tych, którzy głośno krzyczeli przeciwko partii rządzącej – ale chodziło im o to, że to oni powinni mieć prawo ich poniżać, a nie być przez nich poniżanymi. Zawiodłem się na tych, którzy walczą z ludźmi a nie o wartości. Których nie razi stosowanie metod wytykanych oponentom, jeżeli tylko mogą być przydatne.

Kiedy powiedziałem głośno, w jak trudnej sytuacji jest nasza rodzina – nadzieja jednak wróciła. Odezwało się tak wiele osób życzliwych, wspierających, ze szczerym sercem i otwartą głową. Przekonałem się, że ci głośni nie stanowią większości. A na pewno nie reprezentują całości. Z tymi cichymi, otwartymi, stojącymi spokojnie na ulicach, w obronie zasad i wartości wycierającymi chodniki i asfalty, odważnymi kiedy trzeba przeciwstawić się kłamstwu a nie kiedy kamery patrzą – z tymi chciałbym móc być. Dla nich czuję szacunek i do nich chciałbym dorosnąć. Kiedy mówią, że mogę z nimi iść, jestem dumny i szczęśliwy.

Muszę jednak obronić moją rodzinę przed kłamstwami i oszczerstwami. Mam prawo bronić rodzinę. Mam obowiązek bronić rodzinę. Kiedy dostarczam informacje, które obalają powszechnie powtarzane kłamstwa, spotykam cztery różne reakcje:
1. Zwykły hejt – obelgi jednoznacznie wskazujące, że autor nie przeczytał tego, co komentuje, puszczam mimo uszu starając się jedynie uchronić komentującego od konieczności czytanie moich publikacji w przyszłości (ban jest niezwykle skuteczny);
2. Pytania sprowadzające się do „Po co grzać temat?” – nie grzeję, ale kiedy milczałem, to ataki nie ustawały, a sytuacja mojej rodziny się pogarszała;
3. Tłumaczenia „Mateusz, nie wyjaśniaj, to twoje prywatne sprawy, nas nie interesuje, a hejterzy i tak nie usłyszą” – wierzę, że to najlepsze rozwiązanie, zajmijmy się działaniami ważnymi dla wszystkich a nie rozdzielaniem włosa na czworo w sprawach marginalnych. Niestety, wielu ma inne podejście i stale w przestrzeni publicznej dają świadectwo swojej ignorancji i braku wiedzy;
4. Wyrazy życzliwości i zaproszenia do wspólnego działania – te zawsze dodają siły i otuchy.
Do tych z punktu 4. mogę powiedzieć tylko jedno – dziękuję! Do tych z punktów 2. i 3. muszę skierować prośbę – wytrzymajcie jeszcze chwilę. Do tych z punktu 1. nie mam nic do powiedzenia. Po co więc w ogóle mówię czy piszę? Bo wierzę, że są jeszcze tacy, którzy nie wyrobili sobie zdania i szukają informacji. Albo tacy, którzy wyrobili sobie zdanie bez poznania rzetelnych informacji i są gotowi szukać prawdy. Tacy, którzy umieją zauważyć, że prawda w którą uwierzyli, to tzw. trzecia prawda tischnerowska czyli gówno prawda.

I niech nikt nie myśli, że będę siedział cicho, kiedy moja rodzina jest niszczona. To, że nie atakuję personalnie, że nie walczę z ludźmi, że szukam w ludziach dobra nie oznacza również, że dam pomiatać sobą. I nie ulegnę presji ani naciskom. Możecie mnie opluć, możecie mi uprzykrzyć życie, możecie mnie nawet zabić. Ale mnie nie pokonacie. Bo od lat wiem, co jest ważne. A w ciągu ostatniego roku utwierdziłem się w przekonaniu, że wartości najwyższe – wolność, równość, demokracja, solidarność, różnorodność – nie mają ceny.

No votes yet.
Please wait...

Facebook Comments