Misja, wizja i… halucynacja

Misja, ale jaka?
Wizja, ale czego?
Halucynacja, ale po co?

Kiedy szykowałem się do matury, w kinach królował film Rolanda Joffé z genialnymi rolami Roberta De Niro i Jeremy’ego Ironsa oraz z kultową muzyką Ennio Morricone. Misja. Dzisiaj często do mnie wraca to słowo. I myśl… co to właściwie jest misja?

Nieodmiennie moje myśli wracają do kapitana Mendozy. I myślę sobie, czy media tak zwane liberalne są w stanie odpokutować swoją rolę w wygranej dobrej zmiany. Bo nie mam żadnej wątpliwości, że odegrały w tym zwycięstwie pierwszoplanową rolę.

Chętnie bym zobaczył niektórych dziennikarzy z pierwszej linii, jak wspinają się wzdłuż wodospadu z siatką, w której niosą wszystkie swoje winy i zaniedbania. Pamiętacie, jak Jeremy Irons chciał uwolnić De Niro od tego ciężaru? De Niro (znaczy Mendoza) spokojnie zszedł na dół, związał linę i zaczął wspinaczkę od nowa. Bo wiedział, że musi odpokutować.

Nie jestem mściwy. Nie lubię wskazywać palcem. Nie lubię krytykować. Trzeba myśleć o przyszłości. Kiedy jednak widzę, jak tuzy polskiego wolnego dziennikarstwa lekceważą sobie najbardziej podstawowe zadania dziennikarskie to dochodzę do smutnego wniosku, że jeszcze długo będziemy siedzieli w tym błotku, w które wpadliśmy w ostatnich latach.

Zwykle, kiedy słuchamy, czytamy czy oglądamy wiadomości to uznajemy, że zawierają one rzetelne informacje, przynajmniej w warstwie faktycznej. Sam przez długi czas tak myślałem i pewnie dalej bym tak robił, gdybym nie stał się ulubionym tematem tych mediów. Wtedy ze zdumieniem odkryłem, że wielu dziennikarzy z pierwszych stron i głównych programów nie potrzebuje warsztatu. Oni sami się napędzają. Opinia jednego staje się dla kolejnego źródłem informacji. Nie uwierzycie Państwo, ale z tych dziennikarzy, którzy w ostatnich tygodniach postanowili się wypowiedzieć na mój temat w sposób zdecydowany i kategoryczny żaden – podkreślam, ŻADEN – nie pokusił się o dotarcie do informacji i źródeł. Nie twierdzę, że powinni powtarzać to, co im powiem. Ale żeby w ogóle nie zapytać? Nie zajrzeć do publicznie dostępnych w internecie dokumentów?

Jestem przyzwyczajony do kłamstw na mój temat. Hejt i nienawiść leją się na mnie hektolitrami już od kilku lat. Po raz pierwszy zetknąłem się z tym zjawiskiem na początku 2015 roku, kiedy ruszyłem z akcją Razem przeciw kulturze gwałtu. Że dołączyło do tego grona jeszcze kilka osób i kilka mediów – to mnie nie zabije. Zadziwia mnie jedynie, że dowolna bzdura wypowiedziana na mój temat zyskuje rangę depeszy Reutersa. Zdumiewa, jak wiele osób czuje się w obowiązku wydać osąd – im bardziej kategoryczny, tym lepiej – pewnością siebie zastępując wiedzę i warsztat.

Kiedy jednak myślę o drodze Polski do wolności, demokracji, równości i uczciwości, to mam bardzo smutne myśli. Media to czwarta władza. Bardzo ważna władza. Ta, która ma demaskować manipulacje i pokazywać prawdę. Nie widzę dzisiaj w Polsce takich mediów, chociaż oczywiście jest wielu uczciwych dziennikarzy.

To wyzwanie, z którym na drodze powrotu od dobrej zmiany będziemy sobie musieli poradzić. My, obywatele będziemy sobie musieli poradzić. My, naród. Na razie ze smutkiem patrzę, jak kolejne legendy wolnego dziennikarstwa stają w jednej linii z pracownikami prorządowych agitek – nie pod względem poglądów czy prezentowanych treści, ale pod względem warsztatu.

Znajomy mówi mi, że z dziennikarzem nie wygrasz. Że kto zadziera z mediami, zostanie przez te media zniszczony. Ma doświadczenie. Ale jeżeli nie zdobędziemy dostępu do rzetelnej i niezależnej informacji oraz publicystki, to już jesteśmy zniszczeni. Więc pozwalam sobie sygnalizować. Dopóki jeszcze obywatele mogą sygnalizować. To tylko mój głos. Zachęta do refleksji na ten temat. Jestem głęboko przekonany, że tak, jak koniec PRL-u zaczął się od wolnych i niezależnych od władzy mediów, tak koniec dobrej zmiany zacznie się od profesjonalnych i odpowiedzialnych mediów. Czy długo będziemy na nie czekać? Czy misja ma szanse w dzisiejszych czasach?

A może zacząć od podstaw? Po pierwsze fakty. Bez znajomości faktów nie można podawać informacji. Po drugie weryfikacja źródeł. Są źródła mało atrakcyjne, ale wiarygodne i niezwykle efektowne, ale nierzetelne. Na koniec – oddzielamy informację od komentarza. Niby proste, a jak łatwo zapomnieć, kiedy nasuwa się zgrabny żart, anegdota czy gra słów. A za chwilę kolega po fachu ten żart traktuje jako rzetelne źródło. Wiem, że w dobie żółtych pasków i programów na żywo z miejsca wydarzenia trudno coś zweryfikować. I to wchodzi w nawyk… Ale po relacji na żywo przychodzi czas refleksji. Powinien przychodzić.

„Myślę, więc jestem. A skąd wiem, że myślę? Bo mam wątpliwości.” Mniej więcej tak to widział Kartezjusz. Dobrze, żeby nam dzisiaj nie wychodziło jak w starym dowcipie — Myślę, więc jestem — powiedział i znikł… Wiem, że niektórzy wolą stan halucynacji. Ale dokąd nas zaprowadzą?

No votes yet.
Please wait...

Facebook Comments