Syndrom krótkich nóżek

Każdy z nas, kiedy coś robi, chciałby widzieć efekty. A najlepiej sukcesy. Chcemy osiągać cele i mieć się czym pochwalić. Kiedy stoimy naprzeciwko przemożnych sił, które nas terroryzują i narzucają nam swoją wolę, to potrzebne jest widzenie w długiej perspektywie czasowej. Musimy widzieć zachodzące powoli procesy historyczne i je wspierać. To trudne. I jak ogłosić, że się odniosło sukces, bo za dwa lata będzie nam łatwiej mobilizować ludzi i zdobywać poparcie dla naszych idei?

Człowiek potrzebuje sukcesu.Chce pokazać, że coś wywalczył, że coś osiągnął, że w jakiś sposób wpłynął na losy swoje i otoczenia, a może i całego świata. Zwłaszcza ten człowiek, który się angażuje w sprawy publiczne i dla dobra powszechnego chce działać. Kiedy nie odnosi sukcesu w swojej zasadniczej walce, szuka celów mniejszych, pobocznych, dzieli sobie drogę na kawałki. Żeby móc powiedzieć, że osiągnął cel cząstkowy. I że prowadzi go pasmo sukcesów. Mniejszych, ale konsekwentnie zmierzających do…

No właśnie. Tutaj się często pojawia problem. Bo kiedy zaczynamy sobie wyznaczać cele bliższe, mamy coraz większą trudność z pamiętaniem, co jest celem głównym. Koncentrujemy się na przeszkodach. I na ich pokonywaniu. Patrzymy pod nogi. I jakże często tracimy z oczu początkowy kierunek. Przeszkody zaczynają nas prowadzić swoją własną drogą. I tak możemy wspaniale pokonywać kolejne przeszkody, ale być jednakowo daleko od celu jak na początku drogi. Kto się koncentruje na przeszkodach, traci z oczu cel.

Spróbujmy przełożyć to na naszą sytuację w Polsce. Wielu obywateli chciałoby żyć w kraju praworządnym, zgodnie z porządkiem konstytucyjnym, w szacunku dla praw każdego człowieka. Chcielibyśmy być aktywnym uczestnikiem procesu integracji europejskiej, współtworzyć strategię cywilizowanego świata, budować przyszłość razem z czołówką światową. I oczywiście żyć w dobrobycie takim, jak najlepiej rozwinięte gospodarczo kraje. Bo przecież trzeba równać do najlepszych. Dzisiaj stoi nam na przeszkodzie Partia. Zawłaszczyła państwo, ogranicza nasze prawa, niszczy gospodarkę i długofalowe podstawy naszego funkcjonowania. Rodzi się pokusa, żeby skoncentrować się na odsunięciu Partii od władzy. Szczególnie, że każda inna siła polityczna w sposób naturalny koncentruje się na odsunięciu od władzy rządzących i przejęciu jej samemu. Bo „kiedy my przejmiemy władzę i wprowadzimy w życie nasz program, to Polska stanie się krainą powszechnej szczęśliwości”. Tylko że obywatele nie przejmują władzy. Oni zlecają sprawowanie władzy politykom. Nie są zainteresowani korzyściami ze sprawowania władzy ale wynikami rządzenia.

Jeżeli dzisiaj ktoś postawiłby sobie za cel główny odsunięcie Partii od władzy, powinien przekonać do siebie przede wszystkim całą aktywną „młodzież patriotyczną”, „kibiców”, „czcicieli wyższości białej rasy”, „pogrobowców Hitlera”. To ludzie zaangażowani, gotowi do bezwzględnej walki i do ponoszenia ofiar. I najszybciej pomogliby odsunąć Partię od władzy. Bo oni zawsze są przeciwko władzy. Antysystemowość to ich główna idea. Zniszczyć wszystko, co funkcjonuje.

Czy jednak ci, którzy dzisiaj twierdzą, że celem jest odsunięcie Partii od władzy, chcieliby w takim towarzystwie swój cel osiągnąć? I co by powiedzieli później? Jeden „błędny rycerz” już przeprasza, że wprowadził ich do Sejmu i tłumaczy się, że nie myślał, że są tacy, jacy są.

Innym niebezpieczeństwem jest to, co również obserwujemy po stronie demokratycznej – spory, kłótnie i podziały. Kto lepiej walczy o wartości, kto ma lepsze pomysły, kto jest uczciwszy, kto jest bardziej zdeterminowany. I zaczyna się zwalczanie tych gorszych. Tych słabszych. Tych mniej skutecznych. Oczywiście stosujemy tu własne uznanie i subiektywne oceny. I mamy głębokie przekonanie o własnej moralnej wyższości.

I okazuje się, że nasze nogi, przyszykowane do kopania wroga właściwego, kiedy nie są wystarczająco długie, żeby go dosięgnąć, zadowalają się czymkolwiek. Im krótsze nóżki, tym bliżej musi być ten, którego dosięgną. I tak dzielą się ludzie, którzy początkowo deklarowali jednakowe cele. Bo te cele były zbyt odległe. Za to sąsiad był w zasięgu nóżki…

Przypomina się refren kultowej niegdyś piosenki Mieczysława Wojnickiego:

Kaczuszko, wiesz, maki są tak duże, duże duże,
a ty masz krótkie nóżki,
jak zwykle u kaczuszki.
Kaczuszko, wiesz, maki są czerwone tak jak róże,
kaczuszki są nieduże i tak już w życiu jest.

Czy stanie się on niebawem hymnem coraz bardziej podzielonego społeczeństwa obywatelskiego? A ci, którzy nam odbierają wolność, Konstytucję, nasze prawa i poczucie dumy będą żyli długo i szczęśliwie?

Rating: 3.4/5. From 5 votes.
Please wait...

Facebook Comments