Pożegnanie Krystyny Kijowskiej przez męża w dniu jej pogrzebu

Słowa ostatniej pieśni, jaką przed chwilą usłyszeliśmy, są luźnym przekładem fragmentu trzynastowiecznej „Pochwały stworzenia” autorstwa Św. Franciszka z Asyżu. Brzmią one tak:

Chwałę Twoją głosi nasza dobra siostra
Śmierć, która kiedyś przyjdzie na spotkanie.
Sercem pełnym łaski pozwól ją powitać
i daj z radością przyjąć ją, o Panie.

Ta nasza dobra siostra zaczęła się z nami intensywnie przyjaźnić już przed rokiem. W czasie licznych z nią debat i rozmyślań nauczyła nas, by patrzeć na swój los nie z fałszywej perspektywy „niesprawiedliwie odebranej szansy na przeżycie 120 lat”, lecz jak na drogocenny dar ponad pięćdziesięciodwuletniego wspólnego wędrowania przez życie. A jeśli dodać do tego trzy lata narzeczeństwa, kiedy miłość zapierała nam dech w piersiach, otrzymamy klejnot cenniejszy niż słynny stukaratowy Koh-i-noor.

Chciałbym Wam opowiedzieć od początku historię tego klejnotu.

Rozpocznę od przełomu lat dwudziestych i trzydziestych, kiedy na Uniwersytecie Stefana Batorego w Wilnie Helena Lenk i Stanisław Stupkiewicz studiowali polonistykę u profesora Stanisława Pigonia, a pod przewodnictwem ks. Waleriana Meysztowicza działali w katolickim stowarzyszeniu „Odrodzenie”. Stowarzyszenie starało się powstrzymać rosnącą falę nacjonalizmu i akurat w Wilnie miało na tym polu duże sukcesy. Do legendy rodzinnej przeszła opowieść Heleny – mojej przyszłej kochanej Teściowej – jak w czasie próby zorganizowania pogromu przez ONR, zamknęła uciekających żydowskich kolegów w Bibliotece Uniwersyteckiej, gdzie akurat sprawowała dyżur, sama dzielnie odpierając ataki prześladowców.

Po studiach oboje uczyli w wileńskich szkołach, a Stanisław przez kilka lat był drużynowym słynnej drużyny harcerskiej: Błękitnej Jedynki Żeglarskiej. Po ślubie w 35 roku wyjechali do pracy nauczycielskiej w środowiskach polskich górników w Belgii, gdzie w Winterslagu urodził się ich najstarszy syn Marian. Po wkroczeniu wojsk niemieckich wielu działaczy polonijnych, między innymi mój przyszły teść, zostało aresztowanych i groziła im śmierć, ale w końcu deportowano ich do południowej Francji, dokąd podążyły za nimi żony z dziećmi. Potem oboje organizowali schroniska dla uciekinierów z Polski pod patronatem Czerwonego Krzyża. I tam właśnie, w Tuluzie, urodził się drugi syn, Stanisław, a potem w Elne córka Krystyna. Miasto Elne we wschodnich Pirenejach, które założyła w IV wieku cesarzowa św. Helena, należy do francuskiej Katalonii. Tak więc Katalonka według miejsca urodzenia, Krysia była całym sercem Polką. Jej rodzice, choć bali się powrotu do komunistycznej Polski, jednak w 47 roku zdecydowali się na repatriację z obawy przed utratą kontaktu z polskim językiem i kulturą.

Mieszkali jakiś czas w Brwinowie, gdzie urodził się najmłodszy syn Andrzej. Osiedli w końcu na Mokotowie, niedaleko żywo oddziałującego ośrodka duszpasterskiego księży jezuitów na Rakowieckiej.

I już wtedy ktoś manipulował nićmi naszych losów tak, by zaczęły się w tajemniczy sposób przeplatać. No bo kiedy po trzech latach nauki w szkole podstawowej przy ulicy Różanej Krysia przeniosła się do Szkoły Baletowej, to akurat wtedy moja rodzina przesiedliła się z Koszalina do Warszawy i ja sam rozpocząłem naukę na Różanej z tymi samymi nauczycielami i tymi samymi kolegami, których ona opuściła. Potem uczyliśmy się równolegle w zaprzyjaźnionych szkołach: ona w żeńskim Liceum im. Królowej Jadwigi, a ja w męskim Liceum im. Tadeusza Reytana.

Oboje należeliśmy do zaprzyjaźnionych drużyn harcerskich: ona do Błękitnej Czternastki, ja do Czarnej Jedynki. Wielki wpływ miała na Krysię jej wychowawczyni a jednocześnie drużynowa: hm. Anna Zawadzka, siostra legendarnego Zośki z Szarych Szeregów, oraz jej przyboczna, Agnieszka Widerszal.W tym okresie często spotykaliśmy się przy okazji wspólnych przedsięwzięć szkolnych i harcerskich, śpiewaliśmy w chórze harcerskim prowadzonym przez hm. Władysława Skoraczewskiego, ale dopiero po długim czasie dotarło do mnie, jak nazywa się ta miła czarnulka, z którą mój najbliższy przyjaciel Jurek Cieślawski tak pięknie tańczył krakowiaka w pierwszej parze podczas pewnego występu harcerskiego.

Ale musiały upłynąć jeszcze cztery lata, aby te nici splotły się ostatecznie. Gdy w 62 r. razem z Jurkiem Cieślawskim przygotowywaliśmy się do prowadzenia czwartego już w naszej „karierze” obozu harcerskiego dla dzieci z tzw. „młodszego chóru” przy Operze Warszawskiej, boleśnie uświadomiliśmy sobie, że choć dobrze idzie nam praca instruktorska z chłopcami, to dziewczynki-chórzystki jakoś nie mają szczęścia do dobrej przewodniczki. Zastanawiając się wspólnie, czy znamy jakąś mądrą i dzielną koleżankę, która mogłaby nam w tym pomóc, spytałem nieśmiało: „A może by poprosić Krysię Stupkiewicz?” Ale czy ona się zgodzi…?

Zgodziła się. Był to bardzo dobry obóz! Ale przez to wkrótce zakochałem się w niej bez pamięci i tak mi już pozostało do dnia dzisiejszego.

Pobraliśmy się dopiero trzy lata później, gdyż obie nasze rodziny zdecydowanie oczekiwały, że wpierw ukończymy studia: ja – fizykę teoretyczną, Ona – chemię. Ślubu udzielał nam jezuita, O. Bogusław Waczyński, były prowincjał, profesor Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, a nasz wielki przyjaciel.

Jak wiecie, urodziło nam się troje dzieci: Paweł, Mateusz i Marta. Zawsze starałem się odciążyć Krysię od żmudnych prac pielęgnacyjnych, a szczególnie tych „zupkowo-pieluchowych”, choć nieraz kończyło się to niepowodzeniem, jak wtedy, gdy postanowiłem czuwać w nocy przy chorym Pawełku, by Krysia mogła wyspać się porządnie w drugim pokoju. Jakież było moje zdumienie, gdy ktoś zaczął budzić mnie, intensywnie potrząsając za ramię. Okazało się, że przykryłem sobie głowę wielką poduszką i nie słyszałem wrzeszczącego dziecka, które zdołało postawić na nogi nie tylko Krysię, ale i połowę mieszkańców dwunastopiętrowego bloku mieszkalnego. Wkrótce potem odkryłem, jak wielki potencjał intelektualny uwalnia się podczas ręcznego prania, wykręcania i skrupulatnego rozwieszania w mikroskopijnej łazience, na wymyślnie skonstruowanej suszarce, pięćdziesięciu pieluch tetrowych. To właśnie podczas tych czynności urodziły się moje najlepsze pomysły naukowe, łącznie z doktoratem i habilitacją.

Przemożny wpływ na nasze postrzeganie świata miały wielkie wydarzenia historyczne, które nas kształtowały. Krysia mocno przeżywała wszystkie nasze polskie „miesiące”: marzec, grudzień, czerwiec, sierpień czy wreszcie drugi, tym razem już zwycięski, czerwiec 89 i nigdy nie potrafiła zamknąć się w wąskim kręgu spraw prywatnych. Jednym z najważniejszych wydarzeń było dla nas opublikowanie w 65 roku listu polskich biskupów do biskupów niemieckich, zawierającego znamienne zdanie: „Przebaczamy i prosimy o wybaczenie”. Ale wtedy cały kraj, a mianowicie: „łódzkie prządki, śląscy górnicy, gdańscy stoczniowcy, wielkopolscy rolnicy”, „postępowi pisarze” itp. żwawo protestowali przeciwko – jak pisano – „wyprzedaży polskich interesów narodowych przez Wyszyńskiego i jego popleczników”. Obecnie, po tylu latach, nietrudno jest zrzucać winę na komunistycznych inspiratorów tego szaleństwa, ale jakże zdumiewająco łatwo było im przekonać większość naszych współobywateli, że najwyższym stopniem patriotyzmu jest manifestacja nienawiści wobec wskazanej przez rząd kategorii prawdziwych czy wyimaginowanych „wrogów”.

No a potem przyszły wydarzenia marca 68. I znów w całym kraju organizowano zbiorowe seanse nienawiści, podczas których wywoływano stare duchy z lat trzydziestych. Tym razem jako wrogów wskazano Żydów oraz ich popleczników, do których zaliczono również Kościół, a w szczególności posłów z Katolickiego Koła Poselskiego ZNAK. Wspólnie z Krysią zdecydowaliśmy, że na zebraniu pracowników Uniwersytetu odczytam sejmową interpelację Koła ZNAK i zacytuję słowa Kardynała Wyszyńskiego nawołujące do zaprzestania represji. W ten sposób znaleźliśmy się automatycznie po stronie „zdrajców”. Oczekując na proces dyscyplinarny na Uniwersytecie, który miał się zakończyć wyrzuceniem mnie z pracy, snuliśmy z Krysią plany dalszego życia polegającego na hodowli owiec w Bieszczadach. Przekonałem się wtedy, że silniejszą połową w naszej „spółce”, a także głosem rozsądku, jest właśnie Ona. W końcu nie straciłem pracy tylko dzięki interwencjom wielkich fizyków, m.in. prof. Andrzeja Trautmana i prof. Jerzego Pniewskiego.

Zaangażowanie w sprawy publiczne zachowała Krysia do samego końca. Wiele lat była wolontariuszką Towarzystwa Przyjaciół Dzieci, pomagając tym, którzy tego potrzebowali, w nauce i odrabianiu lekcji z fizyki, chemii i matematyki. A gdy już zmuszeni byliśmy przyjąć do naszej dwuosobowej „spółki” trzeciego wspólnika, mianowicie jej wózek inwalidzki, skrupulatnie pilnowała byśmy nie pominęli żadnego z kolejnych, comiesięcznych spotkań w Treblince, poświęconych modlitwie i upamiętnieniu zamordowanych tam naszych żydowskich braci, a także żadnego z marszów w obronie Konstytucji Rzeczpospolitej.

Ważnym elementem naszego wspólnego życia było harcerstwo. Przez nie poznaliśmy się, a od 62 do 73 roku prowadziłem Czarną Jedynkę przy ogromnym zaangażowaniu mojej żony. Gdy w 1967 roku powstawała sławna Konstytucja Czarnej Jedynki, będąca wyrazem naszych idei oraz marzeń o niedostępnej wtedy demokracji, druhowie wymogli wpisanie w odpowiednim paragrafie obowiązku „szczególnego szacunku dla rodziny komendanta”. Niedawno przedstawił się Mateuszowi pewien wybitny aktor, który w tamtym czasie, jako licealista, był członkiem Czarnej Jedynki. Gdy powiedział: „znamy się od zawsze”, Mateusz próbował odgadnąć na którym z obozów spotkali się po raz pierwszy. Okazało się, że było to na cztery miesiące przed jego urodzeniem, w czasie obozu żeglarskiego w 68 roku, gdzie Krysia dzielnie żeglowała, opiekując się również niespełna dwuletnim Pawłem.

Wspólne żeglowanie stało się w następnych latach ważnym składnikiem naszego życia rodzinnego. Najpierw na malutkim KORMORANIE, potem na sławetnym DONGU, którego nazwę nasze dzieci wzięły z wiersza Edwarda Leara, wreszcie na jachcie KRYSIA, zbudowanym wspólnie z serdecznymi przyjaciółmi: Krysią i Władkiem Żakowiczami, przemierzaliśmy jeziora, zatoki, a wreszcie morza. Ale morza to już bardziej z wnukami niż z dziećmi. Wiele razy przepływaliśmy Bałtyk wzdłuż i wszerz z dziewczęcą lub chłopięcą załogą złożoną z wnuków i ich przyjaciół, a najwytrwalsi poznali też morze Tyrreńskie, Jońskie, Egejskie… I nigdy nie lękali się żadnej burzy ni nawałnicy, bo nad przebiegiem wyprawy czuwała ukochana Babcia Krysia, najlepsza żywicielka, opiekunka i pocieszycielka. Ostatni raz żeglowaliśmy tylko sami, we dwójkę z Krysią, w czerwcu 2016 roku i wtedy powstało to zdjęcie, które niech pozostanie w naszej pamięci jako symbol pożegnania.

W latach siedemdziesiątych grupa naszych bliskich przyjaciół z Mokotowa i Ochoty, szeroko znana jako „Trójdzietni”, zaczęła systematycznie organizować wspólne obozy letnie i zimowe dla swoich dzieci. Krysia była jednym z filarów organizacji tych przedsięwzięć. Szczytowym osiągnięciem było założenie w lecie 1981 roku dwudziestopięcioosobowej kolonii, usytuowanej w bezludnej zatoczce chorwackiej wyspy Cres. Szefową, którą tytułowaliśmy „Premierka Taczerowa”, była Krysia.

W stanie wojennym, razem z Krysią oraz kilku zaprzyjaźnionymi rodzinami z Rakowca Południowego, założyliśmy coś w rodzaju katolickiego harcerstwa przy nowo erygowanej parafii Zwiastowania Pańskiego, energicznie prowadzonej przez ks. Witolda Karpowicza. Działaliśmy legalnie pod egidą PTTK, jako klub turystyczny „Wędrowiec”. Stał się on zaczynem stowarzyszenia „Przymierze Rodzin”, a moja Krysia, ukochana Ciocia Krysia, była jednym z jego filarów. Zbiegło się to również z prowadzeniem chóru Flaminae, którego sukcesy nie byłyby możliwe bez Krysi pracy logistycznej i organizacyjnej.

Gdy w 86 roku przyjaciele z KIK-u zaproponowali nam przystąpienie do Stowarzyszenia Budowy Domów Jednorodzinnych „Klebanówka” w Falenicy, podzieliliśmy się z Krysią obowiązkami po połowie: ja zarabiałem pieniądze, pracując na zagranicznych uniwersytetach, z rzadka tylko oglądając plac budowy, a Ona budowała nasz dom. Zaletą ekipy budowlanej, którą Krysia ugodziła, było to, że się nie upijali. Natomiast już o piony, poziomy, kąty proste czy konstrukcję schodów musiała troszczyć się ona sama. Pamiętam, że gdy zostawiła kiedyś naszych majstrów na dwa dni, to po powrocie zobaczyła niezupełnie poziome szalowanie, na którym za chwilę miano wylewać strop nad piwnicą. Odbył się wtedy następujący, niezwykle uprzejmy dialog. Ona: „Panie Stanisławie! Ale ja widzę, że strop w lewym rogu leży co najmniej dwa centymetry niżej niż w przeciwległym rogu”. Pan Stanisław: „Ależ Pani Krystyno! Przed chwilą sprawdzaliśmy szlauch-wagą i na pewno jest idealnie poziomo.” Ona: „Panie Stanisławie! To sprawdźmy jeszcze raz”, po czym nastąpił ponowny pomiar i okazało się, że właśnie oko Krysi jest najbardziej precyzyjnym instrumentem pomiarowym.

Nasze wspólne życie tak dobrze smakowało również dzięki ogromnej liczbie przyjaciół. Nielicznych już wymieniłem. Wielu przyszło dzisiaj, aby pożegnać Krysię. Bardzo Wam za to jestem wdzięczny. Chciałbym jeszcze wymienić niektórych przyjaciół zagranicznych, których przyjaźń wyraźnie wpłynęła na nasze losy. A więc z Francji: Anne-Marie i Michel Loiseau z Viroflay pod Wersalem, których wielu Wędrowców oraz chórzystów z Flaminae poznało osobiście i którzy właśnie w tej chwili uczestniczą we Mszy Św. odprawianej w Viroflay w intencji mojej kochanej żony. Z Włoch: Don Martino Sandrini, góral, alpinista, narciarz, a przede wszystkim proboszcz w maleńkiej alpejskiej wiosce TEMU, na granicy Lombardii i Trentino. I jego wielu z Was poznało, a niektórzy nawet pobierali u niego lekcje jazdy na nartach. I on modli się w tej chwili za Krysię. A z Niemiec: Jola i Gerd Rudolpowie. Saksończyk, profesor Uniwersytetu Lipskiego, Gerd Rudolph był moim doktorantem, a potem został wielkim przyjacielem, współpracownikiem, towarzyszem górskich wędrówek, oraz niezliczonych dyskusji o przyszłości Europy i naszych w niej ojczyzn.

Na końcu chciałem wspomnieć naszą „dobrą wróżkę”, która dobrą radą wspierała nas przez długie lata, a która teraz na pewno uśmiecha się dobrotliwie z Nieba, zapewniając, że nasz smutek „w radość się przemieni”. To Maria Bajowa, matka chrzestna Mojej kochanej Krysi, która przed laty trzymała ją do chrztu tam, we wschodnich Pirenejach. Polka całą duszą, nauczycielka języka polskiego dla wielu pokoleń emigrantów. Urodzona w Westfalii, w Polsce spędziła jedynie dwa lata jako studentka Seminarium Nauczycielskiego. Po wojnie osiadła we francuskiej Lotaryngii, ale po mleko i chleb miała najbliżej do niemieckiego sklepu, po drugiej stronie granicy. Wielu członków Wędrowca i chóru Flaminae poznało jej dom. Po jej śmierci corocznie odwiedzaliśmy z Krysią jej grób w Rosbruck. Nigdy nie zapomnieliśmy o tym jak wiele dobra za jej pośrednictwem otrzymaliśmy.

Wszystkim przyjaciołom Krysi przybyłym na jej pogrzeb serdecznie dziękuję i zapraszam, by po złożeniu jej prochów do grobu odwiedzili zbudowany przez Krysię nasz dom.


Krystyna Kijowska zmarła 28 stycznia 2018 w wieku 75 lat.
Została pochowana na cmentarzu w Aleksandrowie w Warszawie 10 lutego 2018, gdzie została odprowadzona przez liczne grono rodziny, przyjaciół, znajomych i współpracowników.
Powyższe pożegnanie wygłosił jej mąż, prof. Jerzy Kijowski, w czasie uroczystości pogrzebowych w kościele w Falenicy w Warszawie.

Rating: 4.1/5. From 11 votes.
Please wait...

Facebook Comments