Różnorodność

Wspierajmy „nasze kobiety”.
Bądźmy tolerancyjni wobec mniejszości seksualnych.
Pomagajmy słabszym.
Opiekujmy się niepełnosprawnymi.
Akceptujmy osoby transseksualne.

Wiele takich haseł czy wezwań jest obecnych na co dzień w przestrzeni publicznej. One wytyczają pewien kierunek – od dominacji większości i stereotypów do uznania prawa człowieka do indywidualności i szacunku dla każdego niezależnie od jego poglądów, pozycji, światopoglądu, orientacji, pochodzenia i drogi życiowej, wyborów, decyzji i identyfikacji. Kierunek uznania, że każdy zasługuje na szacunek, niezależnie od czegokolwiek. Co nie musi oczywiście oznaczać akceptacji w ciemno dla działań każdego. Normy współżycia społecznego muszą być tak zdefiniowane, żeby pozwalały każdemu na osobistą wolność i nie dopuszczały zawładnięcia jednych przez drugich.

To jest poziom podstawowych praw i swobód. Oczywistość.

Mnie marzy się od miesięcy kolejny krok. Powszechne zrozumienie, że różnorodność jest siłą i bogactwem a nie ograniczeniem.

Protestujemy przeciwko nieludzkiemu prawu aborcyjnemu nie tylko dlatego, żeby wspierać kobiety, ale żeby bronić nas wszystkich. Bo to prawo dotyka wszystkich i niszczy całe społeczeństwo – nawet gdyby absurdalnie założyć, że aborcja to tylko sprawa kobiet. Trochę trywializując – gdyby rządzący nałożyli dodatkowy podatek na blondynów z niebieskimi oczami, ciemnoocy bruneci by na tym zyskali? Wszyscy byśmy stracili, bo wszyscy żylibyśmy w gorszym świecie.

Naszym bogactwem jest różnorodność. Każdy, kto jest inny ode mnie, ma coś, czego ja nie mam. Jeżeli się podzielimy z innymi tym, co mamy wyjątkowego, wszyscy zyskamy. W niektórych dziedzinach dzieje się to od dawna. Naukowcy cieszą się dziełami artystów, zaś artyści korzystają z osiągnięć nauki. Piekarze mogą pracować dzięki górnikom czy gazownikom, zaś tamci jedzą chleb i bułeczki, żeby mieć siłę do pracy. Niby to oczywiste i wielu z Was się już obruszyło na te banały.

A jednak… jak trudno nam zrozumieć, że siłą społeczeństwa jest jego różnorodność. Jak często lubimy podkreślać, że mniejszości potrzebują opieki większości.

Po pierwsze pojawia się zasadniczy kłopot na poziomie definicji. Co to jest mniejszość? Czy 52% kobiet w Polsce to jest mniejszość? Po drugie, czy bez tej mniejszości reszta – większość – czułaby się lepiej?

Wszyscy potrzebujemy siebie wzajemnie w swojej różnorodności. Dopiero kiedy to zrozumiemy i nauczymy się budować na niej naszą siłę, mamy szansę na znaczący krok cywilizacyjny. Na razie niszczy nas szufladkowanie samych siebie i otoczenia. Długo jeszcze będziemy podcinać skrzydła sobie samym?

A kiedy już zrozumiemy, że każdy z nas jest mniejszością i każdy jest inny, zobaczymy, że zamiast się wzajemnie analizować i oceniać, lepiej się skupić na współpracy. I na tym, co każdy z nas może dać, a nie czego może się domagać od innych.

Rating: 3.5/5. From 14 votes.
Please wait...

Facebook Comments