Badania dla kandydatów? Sprawdźmy IQ wyborców!

Od lat powtarza się postulat wprowadzenia badań psychiatrycznych dla kandydatów na wysokie stanowiska państwowe – również na te, gdzie pełniący je pochodzą z wyboru. Kusząca perspektywa. Jeden psychiatra miałby wydawać taką opinię? A może jakieś konsylium?

W tych najbliższych wyborach zgłoszono 191.737 kandydatów. Prawie dwieście tysięcy. Czy mamy odpowiednią liczbę psychiatrów i sądów, żeby w ciągu miesiąca od zgłoszenia kandydatów do wyborów zdążyć wszystkich przebadać? No dobrze, powiedzmy że się udało. I co dalej?

Czy gdyby stwierdzono jakąś dolegliwość, kandydat miałby być pozbawiony biernego prawa wyborczego? Kto miałby stwierdzać fakt pozbawienia obywatela jego konstytucyjnych praw? Jeden psychiatra? Jakieś konsylium? Sąd po zasięgnięciu opinii biegłych specjalistów? Znowu pojawia się pytanie o możliwości i o czas. Ale czy tylko?

A jeżeli wyborcy chcą wybrać osobę, która ma jakieś dolegliwości psychiatryczne? Jeżeli to dla nich nie tylko nie dyskwalifikuje, ale wręcz przeciwnie – stanowi dodatkowy argument za?

Pomysł badania kandydatów jest nierealny. Mam jednak konkurencyjny pomysł – nie do wdrożenia przed najbliższymi wyborami. Nie do wdrożenia w ciągu roku czy dwóch. Ale może warto podjąć dyskusję? Może już sama refleksja skłoni niektórych do bardziej odpowiedzialnych zachowań?

Większość dorosłych obywateli w Polsce posiada prawo jazdy. Dokument stwierdzający, że mogą poruszać się po drogach pojazdami mechanicznymi, że spełnili odpowiednie wymogi i teoretycznie nie stanowią zagrożenia dla otoczenia.

A gdybyśmy wprowadzili podobny dokument – kartę wyborcy – który stwierdzałby spełnienie pewnych wymagań formalnych i dawał prawo do udziału w wyborach? Zamiast dowodem osobistym legitymowalibyśmy się w obwodowej komisji wyborczej właśnie kartą wyborcy…

Tych, którzy nadmiernie poważnie potraktowali moją propozycję, spieszę poinformować, że ja nie traktuję jej całkiem poważnie. Raczej jako kij włożony w mrowisko. Z drugiej jednak strony, kiedy obserwuję, co mówią, piszą czy robią wokoło ludzie biorący aktywny udział w życiu publicznym, agitujący, zachęcający innych do pewnych zachowań, propagujący jakieś „programy” czy „propozycje” to kiedy już uporządkuję zjeżone na głowie włosy, myślę, że jednak karta wyborcy to dobry pomysł. Technicznie znacznie prostsza, niż badania kandydatów, bo wyborcą staje się człowiek raz w życiu, wiadomo od kiedy mógłby się o taki dokument ubiegać i można cały „proces certyfikowania wyborców” rozłożyć na długi czas. Podobnie, jak wiele lat trwała procedura ustalania kapitału początkowego w ZUS czy jak przez dziesiątki lat kierowcy obecnie uprawnieni do prowadzenia pojazdów zdobywali swoje uprawnienia.

Co powoduje, że skłonny jestem myśleć o karcie wyborcy jako o poważnym i realnym programie?
Wczoraj znajoma informowała o rozmowie z pewnym młodym wyborcą, który ogłosił, że dopóki nie będzie mógł głosować na swojego ulubionego celebrytę lub wskazanych przez niego ludzi, to on nie bierze udziału w wyborach. Śmiały plan. Dopóki nie dostarczą mi mojego ulubionego dania, nie będę nic jadł. Na złość mamie odmrożę sobie uszy. Że w tym czasie ktoś i tak będzie wybierany i będzie wpływał na moje życie? Że świat nie poczeka, aż mój ulubieniec zdecyduje się kandydować?

PiS PO – jedno zło. Od wielu miesięcy jestem przerażony że wśród ludzi aktywnych i zaangażowanych to hasło znajduje zrozumienie i poklask. Wystarczyłoby jedno zadanie testowe – znajdź 3 szczegóły, które różnią te dwa obrazki – żeby uniknąć wpływu takich osób na nasze życie. No bo jeżeli w 2015 roku nic się nie zmieniło, to dlaczego te same osoby nie protestowały, nie angażowały się w życie publiczne, nie wycierały chodników „przez ostatnie 8 lat”? I dlaczego nagle się zaktywizowały? Jeżeli ktoś nie odróżnia kataru czy przeziębienia od czarnej ospy, dżumy czy glejaka nie powinien odpowiadać za opiekę zdrowotną.

2 + 2 = 4. To dla wielu wyborców oczywistość tylko na poziomie deklaracji. Bo już na poziomie zastosowania w praktyce okazuje się zbyt trudne. Arytmetyka wyborcza. Czy wszystkie głosy są równe? Czy każdy wyborca ma równy wpływ na wynik wyborów? NIE! Każdy wyborca ma do dyspozycji taki sam głos. Ale co z nim zrobi i czy umie go wykorzystać, to już jest jego decyzja. W wyborach parlamentarnych w 2015 roku 37% spośród głosujących zapełniło ponad 50% miejsc w Sejmie. Już na pierwszy rzut oka widać, że głosy nie były równe. Jedne całkiem zmarnowane, inne miały tylko połowę siły… Tak. Bo głos ma różną siłę w zależności od tego, na kogo jest oddany. Jak to możliwe? Bo prawdziwym wynikiem wyborów nie jest procent uzyskanych głosów, ale liczba uzyskanych mandatów. Miejsc w Sejmie, w Radzie Miasta, Powiatu czy Gminy, w Sejmiku Wojewódzkim… Niestety, w naszej romantycznej tradycji tak silnie dzisiaj podtrzymywanej przez rządzących a „kupowanej” również przez dużą część opozycji, wyżej ceni się piękną śmierć niż twórcze życie. Czy jednak ja mam zaufać wyborcy, który woli nie mieć żadnego wpływu na wynik wyborów, niż spróbować dogadać się z innymi i wspólnie po trochu zmieniać nasze życie na lepsze? Kilka słupków z działaniami arytmetycznymi w teście na kartę wyborcy bardzo by tutaj pomogło.

Na złość tacie narobię w gacie. Przyczyna, skutek, związek logiczny, następstwo, zależności… czyli do czego służy mój głos. Popularne dzisiaj hasło w kampanii profrekwencyjnej – Mój głos ma moc – jest w istocie prawdą tylko w przypadku, kiedy umiem o to zadbać. Mój głos ma moc zmieniania rzeczywistości na lepsze, jeżeli użyję go mądrze. Jeżeli postanowię użyć go do chłostania innych, zmarnuję go, a rzeczywistość zmieniać się będzie na gorsze. Na gorsze dla mnie. Bo wybory nie służą do wychowywania polityków ani do dawania im żółtych czy czerwonych kartek. Nie służą do demonstrowania swoich poglądów ani do wyrażania swoich przekonań. Wybory, jak sama nazwa wskazuje, służą do wybierania. Wybierania swojej przyszłości. Rozmawiałem niedawno z pewnym mądrym znajomym, który powiedział – szkoda, że nie będę mógł zagłosować na moją ulubioną partię. Niestety, oni nie mają żadnych szans. A ja chcę mieć wpływ.

To tylko niektóre powody, dla których jestem gotowy rozważać wprowadzenie karty wyborcy. Żebyśmy w zawiłościach demokracji poruszali się bezpiecznie i efektywnie. Zachęcam do rozmowy.

A jeżeli ktoś chciałby poczytać więcej a arytmetyce wyborczej, o postawach wyborców i polityków i innych zbliżonych zagadnieniach zapraszam do lektury niektórych z moich tekstów o tematyce wyborczej, które piszę od wiosny 2015 roku:
Czy każdy głos jest tak samo ważny? Kilka słów o wyborczej arytmetyce…
Dramat polityka, komfort wyborcy, czy na odwrót?
Doświadczenie uczy, że doświadczenie niczego nie uczy…
Wybory parlamentarne to nie Eurowizja!

Rating: 4.3/5. From 13 votes.
Please wait...

Facebook Comments