Wy nie wiecie, a ja wiem, czyli o winie opozycji totalnej…

Czy ktoś z Państwa pamięta debatę nad planem Balcerowicza? A nad wyprowadzeniem wojsk rosyjskich z Polski? Nad Konstytucją przyjętą w 1997 roku? Nad reformą emerytalną, samorządową, systemu opieki zdrowotnej czy szkolnictwa? Nad wejściem do NATO? Nad przystąpieniem do Unii Europejskiej? Nad przyjęciem wspólnej europejskiej waluty? Nad reformą służby cywilnej, służb specjalnych, prokuratury i sądownictwa? Nad zmianami w OFE? Nad zniszczeniem Trybunału Konstytucyjnego?

Choroba, która toczy nasze państwo i naszą demokrację to nie jest zły wynik wyborów. Problemem nie jest to, kto wygrał ani to, kto sprawuje władzę. Problemem jest to, że z naszego życia publicznego znikła debata. Nie wiem, czy słowo „zniknęła” jest adekwatne, bo być może nigdy w wolnej Polsce nie było debaty. Debaty – tego najsilniejszego i najważniejszego elementu demokracji. Debaty, w której nie liczy się większość, nie liczy się siła, nie liczy się przewaga. Debaty, w której ważne są argumenty, wyliczenia, fakty… Oczywiście, po takiej debacie należy podjąć decyzję i wtedy się głosuje. Tylko… kiedy ustawa przelatuje przez Sejm z drugą prędkością kosmiczną, czy jest w ogóle miejsce na zastanowienie się, nie mówiąc już o debacie? Ale przecież nie było jej i wcześniej.

Nie, nie jest to zarzut wobec którejkolwiek z ekip rządzących od 1989 roku. To raczej obserwacja i refleksja. Wiem, że mało kto to przeczyta a jeszcze mniej osób zechce porozmawiać. Ale jednak dla czystości własnego sumienia muszę to napisać. Jako głos w dyskusji, w debacie, która może kiedyś się odbędzie, na temat przyczyn sytuacji, w której się znaleźliśmy.

Jeszcze raz podkreślę, że nie stawiam nikomu zarzutów. Chciałbym jednak, żeby kiedyś sytuacja się zmieniła a nasze relacje społeczne i polityczne rozwinęły i zacieśniły. Żebyśmy nauczyli się debatować otwarcie i szczerze, z szacunkiem dla każdego oraz dla argumentów i faktów.

Kiedy ojcowie założyciele przedstawiają propozycje ratowania kraju i obywateli, nie ma czasu na dyskusję. Zwłaszcza, jeżeli dzieje się to w warunkach galopującej inflacji, kryzysu ekonomicznego, gwałtownych przemian ustrojowych i braku jakiejkolwiek sceny politycznej. Tak, dzisiaj dyskusje nad planem Balcerowicza są znacznie bardziej rozwinięte i wiele jest do niego uwag i zastrzeżeń. Wtedy nie było na to czasu. Zaskoczeni bezkrwawym odzyskaniem niepodległości i wolności w 1989 roku, zaskoczeni możliwością przejęcia sterów i radykalnej zmiany kursu obdarzyliśmy zaufaniem autorów tego sukcesu. Słusznie. Ale… na początku.

Kiedy w latach 2011-2015 ogłaszano tryumfalnie różne „afery” i „przekręty” władzy rosło we mnie przekonanie, że są one w dużej mierze winą opozycji. Wiem, śmieszne. Wiem, paradoks. Jak obwinianie PO za rządy PiS. A jednak… rolą opozycji jest debatowanie z rządzącymi. I oczywiście za debatę odpowiedzialne są obie strony. Ale kiedy jedna ze stron odmawia debaty, potępiając z założenia wszystko, co robi i mówi druga strona, to nie ma debaty. Ale być może najbardziej za debatę jesteśmy odpowiedzialni my – odbiorcy. My Naród.

W Szwajcarii odbędzie się niebawem referendum w sprawie krowich rogów. Możemy się z tego podśmiewać, ale możemy też zazdrościć. Szwajcarzy mają na tyle poukładane życie od dziesiątek a może i setek lat, że ich realne problemy nie mogą być porównywane z naszymi. Do tego ich specyficzny system polityczny powoduje, że referenda są co kilka miesięcy. Ale skoro echa debaty w tej sprawie dotarły do Polski, to przecież tam musi się ona toczyć!

Miałem przyjemność i ogromny zaszczyt uczestniczyć wczoraj (jako słuchacz) w dyskusji panelowej „Sędzią być” organizowanej przez Stowarzyszenie Sędziów Iustitia w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich. Panelistami byli prof. Ewa Łętowska i prof. Jerzy Zajadło. Pani profesor pod koniec w odpowiedzi na pewną propozycję z sali, żeby przygotować założenia reformy sądownictwa i wystąpić z konkretnymi działaniami powiedziała, że nie zawsze musimy zmierzać natychmiast do konkretnych rozwiązań i konkretnych działań. Że trzeba sobie dać czas na refleksję i debatę.

Jakże mnie takie ujęcie sprawy przekonuje… Biegunka ustawodawcza (na przykład 7 czy 8 ustaw i nowelizacji ustaw o Sądzie Najwyższym w ciągu kilkunastu miesięcy) nie przekłada się na jakość rozwiązań. Nie przekłada się też na satysfakcję wyborców. Biegunka ustawodawcza daje jednak rządzącym poczucie, że coś robią nawet wtedy, kiedy ich działania nie przynoszą żadnych efektów albo są destrukcyjne.

Nie zależy mi na ciężkiej pracy polityków. Oni lubią obiecywać – będziemy dla Was ciężko pracować dzień i noc. Wolę, kiedy w przerwach między zadaniami reprezentacyjnymi oraz obowiązkami towarzyskim podejmują mądre decyzje, niż kiedy w pocie czoła, trudzie i znoju, dzień i noc niszczą i marnują wszystko, co wypracuje społeczeństwo.

Ale mądre decyzje wymagają refleksji, analiz, czasu na przemyślenie. Wymagają argumentów z różnych stron i uwzględnienia różnych punktów widzenia. Wymagają debaty. Im szersza ta debata, im więcej osób jest w nią zaangażowanych, tym lepsze mogą być efekty. W sprawach ustrojowych brak debaty jest zbrodnią. Ale… tej zbrodni nie dopuszczają się politycy, bo to nie oni są odpowiedzialni za debatę. To społeczeństwo, to obywatele, to My, Naród powinniśmy się zaangażować. Słuchać, zgłaszać uwagi, dyskutować, proponować. Politycy to wysłańcy. Kiedy nie mają „merytorycznego wkładu” od tych, którzy ich wysłali, robią według swojego widzimisię. I wtedy wystarczy, że jeden prezes ma posłusznych 231 posłów i 51 senatorów, żeby mógł bez sprzeciwu wprowadzić swoje pomyły. Czasem zupełnie oderwane od rzeczywistości.

Ostatnie tygodnie pokazują, że zaangażowanie obywateli na różny sposób ma sens. Że presja, że szukanie oparcia w traktatach, że nagłaśnianie i krzyk mają sens. Jak jednak doszło do sytuacji, w której dopiero tak ostateczne kroki dają efekty? Czy wyobrażacie sobie, że w Szwajcarii ktoś niepostrzeżenie wprowadza przepisy, o których nikt nie wiedział wcześniej? Albo że ktoś uchwala rozwiązania przeciwne uchwalonym kilka miesięcy wcześniej, twierdząc, że to konsekwentne postępowanie zmierzające do ustalonego celu? Że ktoś tak postępuje i ma nadal kilkadziesiąt procent poparcia społecznego?

Rozleniwiliśmy się, bo mieliśmy szczęście do rządzących przez wiele lat. Mogliśmy zaufać premierowi Mazowieckiemu, premier Suchockiej, premierom Buzkowi czy Tuskowi. Nawet kanclerz Miller nie robił za swoich rządów głupot. Ale pomysł, że zawsze będziemy mieli szlachetnego rycerza na białym koniu i w błyszczącej zbroi, który za nas wszystko załatwi, a my tylko musimy go wypatrzeć w tłumie i za nim pójść… nadal pokutuje. Kiedy go nie mamy, wypatrujemy i nawołujemy. Jak dzieci na imprezie przedświątecznej. Mikołaju przyjdź! Przynieś nam prezenty!

Art. 4. Konstytucji Rzeczypospolitej

  1. Władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej Polskiej należy do Narodu.

  2. Naród sprawuje władzę przez swoich przedstawicieli lub bezpośrednio.

Władza to odpowiedzialność. Jeżeli Naród nie chce wziąć odpowiedzialności, z czasem do władzy dochodzą hochsztaplerzy. Długo jeszcze pozwolimy im wodzić się za nos?

Rating: 5.0/5. From 7 votes.
Please wait...

Facebook Comments