Pan prokurator ma rację…

Pamiętacie? Śpiewano to od dziesiątek lat. Tak śpiewał Maciej Zembaty tuż przed wprowadzeniem stanu wojennego w 1981 roku.

Od 29 lat zapomnieliśmy o tym utworze. Wydawało się, że się zdezaktualizował. No, w latach 2005-2007 czasem ktoś zanucił pod nosem. Dzisiaj… ten duch prześmiewczy przestaje licować z sytuacją. Okazuje się, że prokuratura może znacznie więcej.

Dzisiaj w Sądzie Dyscyplinarnym przy Prokuraturze Krajowej odbyło się posiedzenie odwoławcze w sprawie prokuratora Piotra Wójtowicza z Legnicy. Zawinił tym, że w czasie demonstracji w obronie sądów w Legnicy powiedział między innymi „Nie mam nic do stracenia. A co mi zrobią? Mogą mnie już tylko przenieść do Ełku .” To oczywiście słowa haniebne bo tak, jak całe to postępowanie, obnażają małość ludzi, którzy dzisiaj kierują prokuraturą w Polsce.

Po raz pierwszy mieliśmy w kilkanaście osób uczestniczyć w takim posiedzeniu w tym miejscu, więc przyszliśmy nieco wcześniej, żeby móc wejść na salę bez wywoływania zamieszania. Pół godziny przed terminem rozpoczęcia rozprawy (11:30) staliśmy już u drzwi Sądu Apelacyjnego. Drzwi były zamknięte. Za którymś razem, kiedy zadzwoniliśmy, wyszedł funkcjonariusz ochraniającej budynek służby więziennej i poinformował nas, że nie może nas wpuścić na razie, bo nie ma w tej sprawie decyzji przewodniczącego składu orzekającego. Dwadzieścia minut przed terminem rozpoczęcia rozprawy (11:40) pojawił się przy wejściu oskarżony Piotr Wójtowicz wraz z obrońcą. Byliśmy zaskoczeni, że on również nie został wpuszczony. Oczekiwał z nami pod budynkiem, na schodach, około pół godziny. W międzyczasie wielokrotnie dzwonił, próbował się dostać do środka, jednak drzwi się zazwyczaj nie otwierały, a jeden raz, kiedy się otworzyły, usłyszał, że musi czekać.

Jakieś dziesięć, może piętnaście minut przed terminem rozpoczęcia rozprawy (około 11:45-11:50) drzwi otworzyły się dwukrotnie, jednak nie został wpuszczony oskarżony i jego obrońca, nikt z mediów ani z publiczności. Weszły dwie panie. Nie znaliśmy ich. Ale zauważyliśmy, że weszły bez żadnego problemu. Widać musiały tam pracować…

Dziesięć minut po terminie rozpoczęcia rozprawy (12:10) oskarżony i jego obrońca zostali wpuszczeni do budynku. Kiedy zapytaliśmy wpuszczających funkcjonariusz, co z nami, powiedzieli, że mogą wpuszczać po 2 osoby, bo nie ma miejsca, a trzeba wydawać przepustki, sprawdzać dokumenty… Po kilku minutach wpuszczono dwoje przedstawicieli mediów. Po kolejnych kilku minutach drzwi otworzyły się ponownie. I wtedy (około 12:20) okazało się, że zmieścili się w holu wszyscy oczekujący (około 16 osób).

Wystawianie przepustki dla każdego zajmowało około minuty. Później może przyspieszyło… Weszliśmy na górę, gdzie znajdują się sale rozpraw, i spotkaliśmy tam oczekującego oskarżonego wraz z obrońcą. Nie było żadnej informacji, gdzie odbywa się posiedzenie czy wokandy. Więc czekaliśmy. Po pewnym czasie pojawiła się pani wywołująca na posiedzenie w przedmiotowej sprawie. Zaskoczyło mnie sformułowanie – po przerwie – w jej informacji. Czyżby zaczęli bez oskarżonego? — przemknęło mi przez myśl.

Weszliśmy. Za stołem prezydialnym ze zdumieniem ujrzeliśmy trzyosobowy skład orzekający, w którym przewodniczącą była jedna z pań przeciskających się obok oskarżonego przy wchodzeniu do budynku, a po jej lewej stronie siedziała druga z nich. Przewodnicząca (chociaż mówiła o sobie w formie męskiej) oznajmiła, po wstępnych ustaleniach związanych z obecnością mediów i publiczności, że przed przerwą procedowano bez obecności oskarżonego i jego obrońcy, ponieważ nie stawił się, kiedy sprawa została wywołana o godzinie 12:02.

Gdybym nie widział tego na własne oczy i nie słyszał na własne uszy, nie uwierzyłbym. Dwie osoby z trzyosobowego składu orzekającego weszły na posiedzenie mijając w drzwiach oskarżonego, który nie został wpuszczony do budynku. Następnie poszły na salę rozpraw i prowadziły postępowanie bez obecności oskarżonego. Nie mogły nie zauważyć kilkunastu osób stojących pod budynkiem, na schodach wejściowych, przy samych drzwiach.

Są dwie możliwości. Pierwsza, że w Sądzie Dyscyplinarnym przy Prokuraturze Krajowej panuje taki bałagan, że nikt nie panuje nad toczącymi się postępowaniami, procedurami wydawania przepustek, toczącymi się postępowaniami i generalnie porządkiem. Druga możliwość jest taka, że Sąd Dyscyplinarny przy Prokuraturze Krajowej, pod przewodnictwem Elżbiety Krężołek – prokurator z Kielc, celowo nie wpuścił do budynku oskarżonego, żeby móc prowadzić postępowanie przeciwko niemu bez obecności jego i jego obrońcy, żeby móc ustalić coś z oskarżycielem – Januszem Marcysiakiem z Płocka, ograniczając w ten sposób konstytucyjne prawo do obrony.

W gruncie rzeczy nie ma znaczenia, która z tych wersji jest bliższa rzeczywistości. Jedno jest pewne:

Pan prokurator ma rację,
mamy w Polsce demokrację!
Pan prokurator ma rację,
demokracja jest!

Rating: 3.6/5. From 7 votes.
Please wait...

Facebook Comments