Kijowski: rozumiem Kaczyńskiego!

Rozumiem Jarosława Kaczyńskiego, chociaż mu nie współczuję.

Wszyscy umieją liczyć w zakresie do kilku tysięcy (to poziom pensji, czynszu, cena używanego samochodu czy wakacji). Mało kto jednak umie liczyć zera w kwotach większych. Warto więc podkreślić różnicę w rozmiarach. „Moja afera” jest wyceniana przez prokuratora na kwotę około 120.000 złotych. Afera Jarosława Kaczyńskiego to 1.300.000.000 złotych (tak, dobrze widzisz – jeden miliard i trzysta milionów złotych). Nieco zaokrąglając – różnica wynosi 4 zera, czyli dziesięć tysięcy razy. Co to oznacza? Że gdybym przez 10.000 dni (ponad ćwierć wieku) codziennie pobierał wynagrodzenie, jakie z KOD uzyskałem przez 9 miesięcy, to i tak uzyskałbym kwotę mniejszą, niż to, co Jarosław Kaczyński miał uzyskać z kredytu w zrepolonizowanym banku, gdzie kierownictwo jest zależne od woli prezesa Kaczyńskiego.

Afera Jarosława Kaczyńskiego – afera fakturowa w istocie – różni się zasadniczo od „mojej” afery fakturowej. Tyle, że te szczegóły widzą tylko uważnie śledzący dostępne informacje. W powszechnym widzeniu mogą przeważać podobieństwa.

Afera fakturowa Jarosława Kaczyńskiego została wywołana wystąpieniem osoby z jego rodziny. Z zięciem kuzyna Kaczyński wielokrotnie się spotykał, rozmawiał, negocjował. „Moja” afera fakturowa została wywołana wystąpieniem ludzi, którzy ze mną blisko współpracowali. Przez wiele miesięcy byliśmy bardzo blisko – mieszkali u mnie w domu, razem podróżowaliśmy, jedliśmy, przeżywaliśmy wspólne sprawy. Byli w najbliższym kręgu, prawie jak rodzina.

Rozumiem Kaczyńskiego. Kiedy osoby najbliższe obracają się publicznie przeciwko komuś, jest to niezwykle przykre, wręcz traumatyczne przeżycie. Chcielibyśmy mieć zaufanie, poczucie bezpieczeństwa, komfort i pewność swego rodzaju intymności.

Rozumiem, dlaczego Jarosław Kaczyński, w przeciwieństwie do mnie, nie tłumaczy się, nie odpowiada na pytania. Ma większe doświadczenie w sferze publicznej i wie, że chowając się można uniknąć odpowiedzialności. Ja uważałem, że powinienem natychmiast wszystko wytłumaczyć. Prezes wie, że to nie ma sensu. Że lepiej poczekać, aż sprawa przycichnie. Najwytrwalszym podrzuca koło ratunkowe – „wywiad” z usłużnymi i uległymi „dziennikarzami”, dzięki któremu wyznawcy poczują się docenieni.

Do tego miejsca rozumiem Kaczyńskiego. Tak jak ja został publicznie oskarżony przez osoby mu bliskie. To bardzo trudne doświadczenie. Zaufanie przeradza się w zdziwienie i zaskoczenie. Rozumiem też, że stosuje taktykę medialną, w którą wierzy. Tutaj ma na pewno większe doświadczenie i dobrych doradców. A walczy o znacznie więcej, bo o przetrwanie w sferze publicznej i o utrzymanie majątku zgromadzonego przez lata aktywności w polityce. Broni też wpływów i bytu materialnego całego swojego otoczenia.

Kiedy jednak Kaczyński mówi do osoby, której zlecił prace i potwierdza ich wykonanie, aby udała się do sądu po zapłatę, to nie jest w takiej samej sytuacji, jak ja, kiedy w sądzie tłumaczę się z postawionych mi zarzutów. Kaczyński zapewne nigdy nie będzie musiał się tłumaczyć przed sądem, bo jego obrońcami są premier, minister sprawiedliwości, prokurator generalny, marszałkowie i wicemarszałkowie obu izb Parlamentu, posłowie, ministrowie – w istocie wszystkie państwowe instytucje i organa bronią swojego Prezesa. „Zwykły poseł” jest w sytuacji mocno uprzywilejowanej wobec zwykłego obywatela. Różnic jest jednak znacznie więcej.

Wszyscy wiemy, dlaczego wybuchła afera fakturowa Jarosława Kaczyńskiego – prezes Prawa i Sprawiedliwości nie zapłacił za wykonane prace na podstawie wystawionych faktur. Mówi o tym jasno oskarżający go krewny, pan Birgfellner.

Kto słuchał uważnie, ten wie również, dlaczego wybuchła „moja” afera fakturowa. Do kogo nie dotarło, to przytoczę słowa Radomira Szumełdy skierowane do Krzysztofa Króla – „Nie przedstawiliście nam [w domyśle R. Szumełdzie, M. Filiks, J. Marciniakowi] żadnej oferty politycznej”.

No i różnica chyba najważniejsza. Jarosław Kaczyński uwłaszczył swoje środowisko na majątku publicznym, a dzisiaj korzysta z władzy, żeby skłonić banki i urzędy do finansowania i wspierania jego projektów. Dochody trafiałyby do kieszeni jego środowiska. Ja działałem w ogóle poza sferą publiczną. Organizacja, która mi wypłacała wynagrodzenie za wykonywane prace, była finansowana z dobrowolnych datków osób prywatnych, z których bardzo wiele nadal uważa, zapewniając o tym również w roli świadków oskarżenia w moim procesie, że zgadzają się z takim sposobem spożytkowania ich darowizn.

Rozumiem Kaczyńskiego. Rozumiem, że to, przez co teraz przechodzi, to dla niego trudne doświadczenia. Jednak, mimo pozornego podobieństwa „mojej afery fakturowej” i afery fakturowej Kaczyńskiego, nie współczuję prezesowi prawa i sprawiedliwości. Przeciwko mnie prowadzono zakrojone na szeroką skalę działania z udziałem służb specjalnych i osób celowo umieszczonych w moim otoczeniu, aby zniszczyć wielki ruch społeczny występujący w opozycji wobec władzy. Jarosław Kaczyński przejechał się na własnej nieuczciwości, na cwaniactwie i na chciwości. Gdyby wywiązał się ze swoich biznesowych zobowiązań wobec własnej rodziny – nikt nie dowiedziałby się o sprawie, zaś zapewnienia rzeczniczki PiS sprzed kilku tygodni, że budowa przez Srebrną wieżowców w centrum Warszawy to tylko jakiś fakenews, nadal byłyby obowiązującą wersją wydarzeń.

Kaczyński stosuje metodę – „jeśli fakty nie potwierdzają naszej wersji, tym gorzej dla faktów”. To też narracja całego otoczenia politycznego i biznesowego Kaczyńskiego. Ciekawe, kto z nich pęknie pierwszy. Bo to, że taka zmowa nie może trwać wiecznie, wszyscy wiemy od setek lat.

Rozumiem Kaczyńskiego. Ale mu nie współczuję. I nie popieram jego nieuczciwych metod działania.

Rating: 2.1/5. From 23 votes.
Please wait...

Facebook Comments