Całujcie mnie wszyscy w dupę, czyli elity są nagie!

Jacek Poniedziałek raczył w jakimś komentarzu na FB napisać „patrząc na to co Kijowski zrobił z KODem”. Mimochodem, niemal niepostrzeżenie, bez wchodzenia w szczegóły. Bo też co więcej mógłby napisać? Przecież nic nie wie. To typowe.

Wybitny profesor filozof, zaangażowany w różne aktywności społeczne, kulturowe, cywilizacyjne podchodzi do mojego znajomego i pyta — to jak to z tym Kijowskim było? — To dłuższa opowieść, chętnie wyjaśnię — słyszy i… odpowiada — A, jak dłuższa, to nie.

Wybitna dziennikarka pisząca przede wszystkim na temat praw człowieka, społeczeństwa obywatelskiego, uznawana też za autorytet w kwestiach prawa i praworządności, zapytana przez wspólnego znajomego, czy nie znalazłoby się w jej redakcji jakieś miejsce pracy dla Kijowskiego, który w sumie w redakcjach pracował jako informatyk i ma doświadczenia, odpowiada — jako samotna matka nie zamierzam nawet się nad tym zastanawiać. Jako rzetelna dziennikarka nie zainteresowała się jednak tym, że prokuratura umorzyła postępowanie w sprawie mojego rzekomego uchylania się od płacenia alimentów. Zrobiła to prokuratura Zbigniewa Ziobry już po wprowadzeniu specjalnego prawa, które było nawet nazywane „lex Kijowski”, a miało ułatwić ściganie dłużników alimentacyjnych.

Tomasz Sianecki prowadząc Szkło Kontaktowe w TVN24, mimochodem, niemal niepostrzeżenie wspomina, że stracił szacunek do Kijowskiego, bo on nie płaci alimentów.

Andrzej Morozowski w „Tak jest” w rozmowie na zupełnie inny temat wtrąca od niechcenia, en passant, że założyciel KOD-u nie płacił alimentów i wypłaca sobie pieniądze.

Jeden z najbardziej znanych kiedyś polskich polityków, profesor, jeździ po Polsce i namawia wszystkich przed wyborami w KOD-zie, w kuluarach, żeby nie głosowali na Kijowskiego. Nie wiem, jakie miał zastrzeżenia, bo ze mną nie rozmawiał. Nie zaangażował się też osobiście. Nie był członkiem KOD-u, nie przedstawił konkurencyjnej wizji, nie konkurował o przywództwo. Ale chętnie się wypowiada.

Jan Hartman – kiedyś robił wszystko, żeby być jak najbliżej mnie. Później zmienił front. Każdy może obejrzeć i przesłuchać jego zeznania przed sądem w sprawie rzekomej afery fakturowej. Smutno było patrzeć na kogoś, kto uchodzi za profesora i etyka, a jednocześnie wije się jak piskorz próbując odpowiadać na pytania sędziego i adwokatów, zgodnie z własną tezą. Całość jego zeznań można sparafrazować w kilku zdaniach: „Nie znam żadnych faktów i nie posiadam żadnych dowodów na poparcie oskarżenia, ale jest wysoce prawdopodobne, że mogło dojść do nadużyć. Kijowski szkodził KOD-owi i należało go usunąć, zaś Magdalena Filiks, Jarosław Marciniak i Radomir Szumełda są osobami o najwyższych kwalifikacjach etycznych i zasługują na pełny szacunek. O całej sprawie mam wiedzę wyłącznie od tych trzech osób, ale nie mam wątpliwości, że mówili prawdę.

Warto zatem zaznaczyć, że te trzy osoby również zeznawały przed sądem. Pamiętacie, co mówiły publicznie w mediach, na początku 2017 roku? Sądzicie, że powtórzyli to samo przed sądem, pod groźbą odpowiedzialności karnej do ośmiu lat za fałszywe zeznania? No to się zdziwicie. W styczniu 2017 twierdzili, że dopiero się o wszystkim dowiedzieli. Z ich zeznań w sądzie wynika jasno, że o wszystkim wiedzieli co najmniej od lata 2016. Kiedy sędzia przycisnął pytaniami Jarosława Marciniaka, ten przyznał się, że coś na ten temat wiedział już w kwietniu 2016.

To się zresztą ładnie składa z zeznaniami innego świadka w sprawie. Przed sądem, pod groźbą odpowiedzialności karnej, zeznał jednoznacznie, że 15 kwietnia 2016 roku J. Marciniak powiedział mu, że trzeba będzie wymienić Kijowskiego, po czym dodał, że w Zarządzie KOD-u są już osoby, które nad tym pracują.

Wybitny i prominentny działacz opozycji demokratycznej z czasów PRL-u. Wyraża życzliwość na każdym kroku, ale nie chce poznać prawdy. Na prośbę o spotkanie zaprasza mnie do restauracji, ale rozmowę prowadzi tak, żeby o trudne tematy nie zahaczać. Radzi, żebym się wycofał „do Sulejówka”. Historyk, więc wie, że Piłsudski ten Sulejówek dostał od narodu i nie był pozbawiony źródeł utrzymania. Na uwagę, że nie bardzo mam z czego żyć, mówi jedynie, że nie jest w stanie mi pomóc.

Władek Frasyniuk. Sam się do mnie odezwał jeszcze w 2015 roku. Podpowiadał, doradzał… Kiedy odpalono aferę nie próbował nawet zapytać mnie o fakty czy jakiekolwiek tłumaczenia. Za to znalazł bardzo ostre słowa w telewizji, żeby mnie ocenić.

Wydawnictwo, które zaoferowało, że pomoże mi napisać i wyda książkę. Nawet wypłaciło zaliczkę. Ale nagle kontakty się zerwały wczesną jesienią 2016, kiedy zgodnie z pierwotną umową książka miała być drukowana. Nigdy nie udało mi się otrzymać od nich bezpośrednio informacji, że zrezygnowali z tej książki.

Osoby wybitne, małżeństwo, w centrum warszawskich elit. Jednym słowem mogłyby zachęcić wielu do poszukania prawdy zamiast powtarzania niesprawdzonych informacji. Nie robią tego. Kiedy osoby postronne nie widzą, okazują życzliwość. Publicznie zachowują dystans.

A ci wszyscy, którzy walczyli o miejsce na scenie obok mnie jeszcze w grudniu 2016? Jak szybko i łatwo zapomnieli…

Jeden z najbardziej prominentnych dziennikarzy polskich, uznawany za autorytet moralny, chętnie ferujący oceny moralne. Kiedy zwróciłem się do niego z pytaniem, czy nie chciałby poznać trochę faktów, informacji, dokumentów dotyczących mojej sprawy, które pozwoliłyby coś wyjaśnić opinii społecznej, powiedział, że jego zdaniem nie opłaca się teraz wyjaśniać mojej sprawy czy mnie oczyszczać. Że trzeba poczekać, aż wszystko wypali się do dna i wtedy może coś powstanie od nowa.

Agnieszka Gozdyra, która zaprosiła mnie do programu z publicznością, żeby mnie rozjechać. Nie udało się. Nie znalazła argumentów ani dowodów mojej winy. To zaczęła własną kampanię hejtu wobec mnie na Twitterze – mimochodem, niemal niepostrzeżenie.

Jakiś człowiek, który napisał długi i rozbudowany paszkwil na mój temat. Opublikował go na portalu StudioOpinii.pl. Sam wiedział, że to nie bardzo poważny tekst i że nie przyniesie mu chwały, więc się pod nim nie podpisał. Znaczy podpisał się, ale nie swoim imieniem i nazwiskiem. „Sławek” to chyba jego pseudonim artystyczny…

Mam wymieniać dalej? Mógłbym jeszcze długo. Ale chyba nie o to chodzi. Nikt nie może być adwokatem we własnej sprawie, więc nie będę też się bronił. Wyrażam jedynie moje zdziwienie.

Dwie rzeczy w wystąpieniu Donalda Tuska w Gdańsku 4 czerwca szczególnie mi zapadły w pamięć, bo dobrze trafiają w moje myślenie. „Jeżeli mielibyście mówić o kimś źle, to lepiej nie mówcie nic” oraz „walczcie o wartości, bądźcie za a nie przeciw” (cytuję z głowy, ale chyba nie przekręciłem myśli). I setki tysięcy osób, które z taką radością witały obecność i wystąpienie Przewodniczącego Rady Europejskiej.

Te osoby, o których pisałem powyżej i wiele im podobnych… o jakie wartości walczą? Czy od listopada 2015, kiedy szliśmy obok siebie, chodziło nam o to samo? Coraz częściej widzę, że chyba nie i jak głęboko w czarnej dziurze jesteśmy.

Z takimi elitami nigdzie nie zajdziemy i nic nie zmienimy. Takim mediom nie można zaufać.

Znajomy zapytał mnie ostatnio, czy nie powinniśmy zaczął kłamać i obiecywać bez umiaru jak rządzący, żeby z nimi wygrać? Oczywiście, to żaden sposób. Bo tu o wiarygodność chodzi a nie o kłamstwa czy obietnice. PiS jest wiarygodny, kiedy kłamie i obiecuje. Wszyscy wiedzą, że to taka konwencja.

Dzisiaj wiem, co należało powiedzieć w styczniu 2017, zamiast jak głupi odpowiadać na pytania dziennikarzy, próbować tłumaczyć coś, czym w ogóle nie byli zainteresowani, wprowadzać w szczegóły i uwarunkowania. Nie byłoby sprawy rzekomej afery fakturowej, gdybym wtedy wyszedł i powiedział, że mi się te pieniądze po prostu należały.

No to na koniec pytanie testowe. Czy ktoś zgadnie na podstawie czyjego doniesienia toczy się postępowanie przed sądem w Pruszkowie? Nie, nie złożyli go ci, co tak głośno krzyczeli w mediach, że ich oszukałem. Nie, doniesienia nie złożyła również organizacja, która rzekomo miała stracić. Nie zgadniecie, więc wyjaśnię. Doniesienia (chyba dwa albo trzy) zostały złożone przez osoby, które nigdy nie miały ze sprawą nic wspólnego. W swoich doniesieniach napisały wprost, że dowiedziały się o sprawie z mediów i domagają się, żeby prokuratura sprawę wyjaśniła.

I tak to właśnie działa – nikt nic nie wie, nikt niczego nie rozumie, ale każdy ma zdanie i każdy wie, kto jest winny.

Pamiętacie światowy kryzys rynków finansowych, upadające banki, recesję? Ten kryzys zaczął się dokładnie tak samo. Elity – w tym przypadku sprzedający kredyty – zapomniały, o co chodzi. Kiedyś kredytu udzielało się po to, żeby został spłacony, bank zarabiał na odsetkach, a pracownicy na tym, że bank się rozwijał. Nagle wszyscy uznali, że najważniejsza jest prowizja od sprzedaży. Resztę da się jakoś ukryć. Zapomniano o wartościach.

Dzisiaj elity zdają się uważać, że najważniejsze jest utrzymanie się w elicie. Że miejsca nie jest zbyt dużo, trzeba co pewien czas kogoś usunąć. Nie dość, że zrobi się więcej miejsca dla nas, to jeszcze wykażemy się naszą czujnością rewolucyjną i moralnością. Bo przecież kto wyraża oceny moralne, kto oskarża, kto ocenia… ten sam na pewno jest kryształowo czysty.

Pozostaje tylko czekać, czy elity obudzą się wcześniej, niż zostaną zdetronizowane przez antysystemowców. To dylemat podobny jak w przypadku polskiego kościoła katolickiego – czy uda mu się oczyścić, zanim straci wszystkich wiernych i resztki autorytetu.

A tytuł tego tekstu? Cóż, na początku chciałem napisać, że dla takich ludzi nie warto było i nie warto nadal się wysilać. Ale… czy ich postawa ma mnie powstrzymać? Więc będę robił swoje mimo wszystko. Z tymi, którzy rozumieją, że nie można bronić Konstytucji przed łamiącymi je politykami, a jednocześnie samemu nie przestrzegać jej zapisów. Że prawa człowieka, że prawa obywatela zapisane w Konstytucji przysługują każdemu – niezależnie od tego, czy go lubimy i czy się nam akurat dzisiaj opłaca z nim iść, czy też nie bardzo.

Na koniec jedna uwaga natury formalnej. Oczywiście jestem w stanie podać liczne szczegóły i detale, łącznie z nazwiskami osób, o których napisałem w tym tekście. Jednak wymieniłem z nazwiska tylko tych, o których wiem na pewno, że publicznie występowali przeciwko mnie.

I jeszcze jedno. Rozumiem, że osoby prywatne mogą wyrażać swoje opinie na podstawie doniesień prasowych, plotek, pogłosek czy nawet własnej intuicji. Kiedy jednak robią to osoby publiczne, liderzy opinii, są obciążeni szczególną odpowiedzialnością i powinni znacznie bardziej uważać. Bo często mimochodem, niemal niepostrzeżenie, mogą kogoś skrzywdzić, sobie wystawiając jak najgorsze świadectwo. Tak, jak w znanej anegdocie o wielkim aktorze, który miał powiedzieć, że niepostrzeżenie, to on może „przelecieć” żonę reżysera, ale nie przejść przez scenę.

Rating: 4.2/5. From 49 votes.
Please wait...

Facebook Comments