Wygrać? Przegrać? Olać?

Rosnąca inflacja, rosnąca śmiertelność, rosnące zadłużenie państwa… to tylko niektóre z oczywistych skutków czterech lat rządów Prawa i Sprawiedliwości. Kolejna kadencja PiS-u to klęska dla Polski. Dla tych, którzy mnie znają lub czytają, sprawa jest oczywista. Niestety na razie nie zauważyłem, żeby osoby odpowiedzialne za zmianę tej sytuacji miały jakiś pomysł.

Wszyscy się przerzucamy argumentami, dlaczego PiS to zło. Nikt jednak nie myśli o tym, dlaczego PiS rządzi (bo zrzucanie winy na głupich i sprzedajnych wyborców jest niepoważne). Niestety, zupełnie nikt nie rozpoczął publicznej rozmowy – jak wygrać z PiS-em.

Widzę wysyp propozycji oczywistych, ale działających na skalę rodziny czy sklepu osiedlowego. Jedni mówią, że zaczepiają na ulicy młodych i ich uświadamiają. Inni, że trzeba docierać do niezdecydowanych i przyprowadzić ich na głosowanie. Jeszcze inni, że zorganizować dowóz dla tych, którym trudno dotrzeć do obwodowej komisji wyborczej. To wszystko to oczywista oczywistość, która powinna działać zawsze. W dzisiejszej sytuacji jednak nie wystarczy na utrzymanie stanu posiadania.

Problem, jak sądzę, bierze się z niezrozumienia skali przedsięwzięcia. Kiedy premier ogłosił, że do końca roku posadzi 500 milionów drzew, wszyscy wybuchliśmy śmiechem. 5 miliardów kosztów i sadzenie 33 drzew w każdej sekundzie do końca roku… Przecież jednak sami robimy dokładnie to samo!

Zacznijmy od tego, że w wyborach do Parlamentu Europejskiego PiS uzyskał prawie 6.200.000 głosów. Przy frekwencji nieco ponad 45%. Ile głosów trzeba zdobyć w wyborach do Sejmu, żeby wygrać z PiS? Frekwencja pewnie będzie większa. Jeżeli frekwencja wyniesie 55%, to przy zachowaniu proporcji PiS dostałby jakieś 7,5 miliona głosów. Tak oczywiście nie będzie. Jeżeli ktoś chce zbliżyć się w rywalizacji do PiS-u musi mieć realny plan, jak uzyskać około 7 milionów głosów. Żeby mieć pewność wygranej dobrze byłoby zadbać o 8 milionów.

Koalicja Europejska i Wiosna w wyborach europejskich w sumie uzyskały nieco ponad 6 milionów. Przeliczanie głosów na mandaty metodą d’Hondta karze za rozdrobnienie. W małych ugrupowaniach trzeba uzyskać nawet dwa razy więcej głosów, żeby zdobyć mandat, niż w dużych.

Bez planu na zdobycie 7 milionów głosów w jednej koalicji nie warto w ogóle myśleć o wygranej. Oczywiście, dla polityków to może być różnica kilku mandatów no i większej liczby stanowisk w rządzie i spółkach. Dla obywateli, to jednak różnica zasadnicza. Czy nadal będziemy umierać z powodu braku leków lub braku ich refundacji, nasze pieniądze będą tracić na wartości, kiedy wyjedziemy za granicę, będziemy się wstydzili powiedzieć, skąd przyjechaliśmy?

Skala. Jak zdobyć 7-8 milionów głosów?

„Nie przekonamy zwolenników dobrej zmiany ani beneficjentów 500+” mówią ludzie, nie damy rady. Nie przekonamy. Jednak tych zadeklarowanych w wyborach europejskich było niecałe 6,2 miliona spośród około 30 milionów uprawnionych do głosowania. Czyli mamy prawie 24 miliony osób do przekonania.

„Media publiczne w rękach władzy, inne media słabe i nierzetelne, jak docierać z informacją?” pytają inni. Na początku 1989 media były wyłącznie rządowe (jeżeli nie liczyć niezwykle ważnych wydawnictw podziemnych, których zasięg był jednak ograniczony do środowisk zaangażowanych). Jednak udało się wymusić Okrągły Stół, a potem wybory, w których Polacy mogli wybrać wolność. I wybrali.

„Rządzący mają kasę, opozycja nie ma czym kupić głosów” słychać od niezadowolonych, „zaś elektorat tylko czeka na obietnice i łapówki.” Mówią… jakby sami chcieli zostać przekupieni. Czy naprawdę nie ma w Polsce ludzi odpowiedzialnych, którzy rozumieją, że życie ponad stan nie działa na długą metę i zawsze kończy się klęską wszystkich?

„Musimy się uczyć od PiS-u i działać jak oni – kłamać, obiecywać, przekupywać” słychać z różnych stron. Kto wybierze podróbkę? Czy opozycja jest w stanie przebić PiS w konkurencji na najprawdziwszy PiS?

„Najważniejsze to zdobyć Senat i zapobiec większości konstytucyjnej” mówią „specjaliści” od kalkulacji i rozgrywek. To szczególnie szkodliwe. Jeżeli już dzisiaj godzimy się z przegraną, to po wyborach pozostanie nam jedynie oceniać rozmiary przegranej.

Wiele innych szkodliwych głosów i opinii jest rozpowszechnianych i powtarzanych. Wszystko zaś dzieje się w obszarze uzasadnienia przegranej i wytłumaczenia bezczynności.


Ja jestem naiwny i wierzę, że trzeba działać wprost. Jasno zdefiniować problem, przyjąć plan jego rozwiązania i konsekwentnie go realizować.

Problem wydaje się oczywistym – jak zdobyć większość w Sejmie poprzez uzyskanie 7-8 milionów głosów w wyborach na jesieni. Niektórzy próbują go definiować na różne sposoby, żeby ominąć to co najważniejsze, ale głupio jest przegrać już na etapie definicji zadania.

Plan – to już nie jest całkiem oczywiste. Pewne, że żeby zdobyć głosy wyborców, trzeba uzyskać ich zaufanie. Bez zaufania im, raczej będzie trudno. I w tym wszystkim trzeba być wiarygodnym. Myśląc zatem nad planem politycy powinni jasno sobie powiedzieć – nie wygramy bez aktywnego udziału wolontariuszy w kampanii. Musimy zaufać ludziom, którzy mogą dotrzeć tam, gdzie my nie jesteśmy w stanie. Do polityków w sztabie wyborczym należy pomysł i organizacja – jak włączyć tysiące ludzi do realizacji planu.

Realizacja. Wszyscy najchętniej zaczynają od tego etapu i… przegrywają. Bo przyjmują nieprawdziwe założenia. To długi temat, na pracę naukową nie na akapit we wpisie na blogu. Pozwolę sobie jedynie zwrócić uwagę czytelników na kilka faktów.

  • kiedy PiS przejął władzę absolutną w Polsce jego lider, Jarosław Kaczyński był najmniej lubianym politykiem
  • najwięcej antyrosyjskich artykułów w języku polskim można znaleźć na portalach finansowanych z Moskwy – oni załatwiają swoje interesy i walczą o wiarygodność, a nie startują w konkursie piękności
  • wszyscy wiedzą, że nie myli się tylko ten, kto nic nie robi – kiedy rządzący zajmują się sprawami ludzi, ich oponenci pokazują, że umieją tylko krytykować i wyśmiewać – z tego widać, kto jest poważnym politykiem, a kto się tylko bawi w politykę
  • lepiej sprawiać wrażenie, że nie ma się nic do powiedzenia, niż otworzyć usta i rozwiać wszelkie wątpliwości – ruszanie do ludzi bez dobrego przygotowania może przekonać tych, którzy polują na selfie czy autograf, ale nie tych, którzy myślą poważnie na tym, kogo poprzeć

Skala!!!

Wyobraźmy sobie, że w sztabie wyborczym pracuje 100 osób. Każda z nich jeździ po Polsce 5 dni w tygodniu, odwiedzając 3 miejscowości dziennie, w każdej z nich rozmawiając z 10 osobami. Do prawdopodobnego terminu wyborów mamy jakieś 13 tygodni. Policzmy 13*5*3*10=1950 rozmówców na osobę, czyli 195 tysięcy osób na cały stuosobowy sztab. Przy niezwykle ambitnych założeniach. Teraz… ile z tych osób to osoby, które są nieprzekonane? Przecież w większości przypadków na spotkania przychodzą ludzie zdecydowani, zwolennicy. Z tych, co nie są zwolennikami, nie wszyscy dadzą się przekonać. Uda się przekonać 30, może 50 tysięcy osób. Jeżeli sto osób dzisiaj ruszy w teren na 5 dni w każdym tygodniu i każda z nich codziennie porozmawia 30 osobami, wśród których będzie co najmniej połowa niezdecydowanych lub zdecydowanych poprzeć rządzących dzisiaj. Do tego może jeszcze kilkadziesiąt tysięcy obejrzy w mediach relacje ze spotkań i to ich przekona.

To nadal pozostaje kropla w morzu potrzeb. Przypomnijmy, że gdyby cała opozycja – od PSL do Wiosny ruszyła we wspólnym bloku, to w stosunku do wyborów europejskich brakuje jej od jednego do dwóch milionów głosów, żeby wygrać. Potrzeba 2.000.000 głosów, a powyższa metoda przy trudnych do zrealizowania założeniach wymaganiach i optymistycznych ocenie wyników może dać 100.000 głosów.

Jak się zmierzyć ze skalą?

Najważniejsze, to mądrze wyznaczyć cel. Donald Trump uzyskał o kilka milionów głosów mniej, niż Hillary Clinton, ale wygrał, bo walczył o wygraną w wyborach, a nie w konkursie popularności. Dobrze wyznaczył cele, przyjął i realizował skuteczną strategię. Strategia musi się odnosić do aktualnej sytuacji i do dostępnych możliwości. To, co było realne i rozsądne w roku 2007 czy 2011, w 2019 może być kompletnie pozbawione sensu. To, co się sprawdziło w wyborach europejskich nie musi zadziałać w krajowych. Znowu… należałoby przeanalizować wiele opracowań analityków, badaczy i naukowców, żeby coś sensownie zaproponować tutaj. Mam nadzieję i wierzę, że ktoś w sztabie wyborczym koalicji kiedyś się tym zajmie. Oby jak najszybciej. Żadne analizy przeszłości nie pokażą jednak chwilowej szansy. Tutaj potrzebne są intuicja, słuch społeczny i kontakt z tzw. zwykłymi ludźmi.

Mam w tej sprawie swoją intuicję i swój pomysł. Powtarzam go w mediach społecznościowych oraz w rozmowach z tymi, którzy odpowiadają za kampanię koalicji. Na razie bezskutecznie.

Nie wiem, czy to pomysł dobry. Kiedy jednak nie widać, żeby sztab miał jakikolwiek pomysł… może mógłby chociaż wysłuchać?

Nie jest to tajemnica. Widzę, że w całym kraju mamy setki tysięcy ludzi, którzy są przerażeni perspektywą kolejnej kadencji samodzielnych rządów PiS-u. To są osoby, które po pierwsze można zaangażować do działania w ramach kampanii, po drugie… można zniechęcić do wzięcia udziału w wyborach.

W przykładzie rachunkowym wyżej pisałem, że może udałoby się przekonać 100.000 osób, a potrzeba 2.000.000 głosów. To teraz wyobraźmy sobie, że do 100 osób w sztabie dołącza 20.000 wolontariuszy w całej Polsce? Niech każdy z wolontariuszy zrobi 1000 razy mniej, niż członek sztabu. To efekty działania możemy pomnożyć przez 20. Czyli… 100.000 * 20 = 2.000.000. Brawo! Tego nam trzeba. Gdyby udało się zaangażować nie 20.000 wolontariuszy, ale 50.000? To nadal chyba mniej, niż liczba członków partii, które tworzą czy będą tworzyć koalicję…

Tyle matematyki. To teraz jeszcze pozostaje pytanie – jak ich zaangażować do współpracy. I tutaj możemy się odwołać do diagnozy, którą wielokrotnie słyszałem ze sztabu Koalicji Obywatelskiej. Otóż mówili politycy „musimy odzyskać zaufanie”. Zgadzam się. Jak to zrobić? Ano… pokazując, że wierzycie w wygraną i że macie pomysł, jak wygrać. Niby proste, ale na razie nierealne.

Jeżeli jednak udałoby się przekonać te 50.000 osób w Polsce, że macie plan, jak wygrać, że wierzycie w tę wygraną i że ta wygrana zależy od ich zaangażowania… czy nie wydaje się Wam, że wygraną mielibyśmy wszyscy w kieszeni?

Ja ustawiam się w kolejce do takiej „armii rozumu”, która ma pokonać „armię dobrej zmiany”. Stawiam tylko jeden warunek – to ma być dobrze zorganizowana armia z jasno wytyczonym celem, a nie typowe dla Polaków, pospolite ruszenie, gdzie nikt nad niczym nie panuje, wszyscy bardzo chcą, a na koniec… hucznie świętujemy kolejną katastrofę.

Co ta armia miałaby robić? No właśnie – to musi przygotować sztab wyborczy. Ma dostęp do funduszy, do badań i analiz, może zatrudnić specjalistów. Powiem tylko, czego ta armia nie powinna robić – nie powinna się ścigać z armią dobrej zmiany na populizm. Wyznacznikiem tej armii powinna być odpowiedzialność i dobre merytoryczne przygotowanie.

Za chwilę przyda się też program wyborczy, listy kandydatów, plakaty, banery, ulotki, ale dzisiaj… Jeżeli nie uda się przekonać tych najbardziej wiernych, że są szanse na wygraną i że jest konkretny pomysł, jak oni mogą się zaangażować żeby pomóc, nie warto się męczyć. Żelazny elektorat i tak zagłosuje, bez przekonywania, a bez wiary w sukces innych się nie przekona.


P.S.
Jeszcze jedna konkretna wskazówka… niezwykle pilna. Platforma Obywatelska RP, wokół której koalicja musi powstawać, była zawsze partią osób przedsiębiorczych. Małych przedsiębiorców, managerów, specjalistów… Nowoczesna również odwołuje się do podobnego elektoratu. Natychmiast do sztabu wyborczego powinien zostać dokooptowany ktoś, kto odpowiadałby za gospodarkę, ekonomię, biznes… zachowajmy odrobinę wiarygodności! Nie odpychajmy tych najbardziej wiernych, o największej mocy sprawczej!

Rating: 4.2/5. From 10 votes.
Please wait...

Facebook Comments