Co się stało z naszą klasą…

Już słyszę, że znowu zajmuję się sobą. Że piszę o sobie, że ciągle tylko ja i ja… No cóż, nie całkiem o to mi chodzi. Kto tylko tyle zauważy, lepiej żeby nie tracił czasu na czytanie. Nie do niego jest ten tekst adresowany.

W 1989 roku byłem dumny, kiedy czytałem kilka chyba zerowych numerów Gazety Wyborczej – mój Wuj był w zespole od początku i dzięki niemu należałem do uprzywilejowanego grona.

W 1991 roku podjąłem pracę w Mojej Gazecie. Poczytywałem to sobie za zaszczyt. To było moje pierwsze poważne doświadczenie zawodowe i uformowało mnie oraz pomogło zdobyć kwalifikacje zawodowe.

W 2015 roku, kiedy na całą pierwszą stronę Wyborczej wydrukowano moje zdjęcie, czułem się onieśmielony, ale przecież była też w tym jakaś satysfakcja. Bo to nadal była Moja Gazeta.

Dzisiaj zaczynam się jej wstydzić. Dzisiaj szczególnie, bo poznałem kuchnię w szczegółach, choć już od długiego czasu straciłem do Wyborczej zaufanie i jeżeli czasem przeglądam, to raczej z obowiązku niż w poszukiwaniu rzetelnego dziennikarstwa.

Żeby wytłumaczyć, o co mi chodzi, muszę napisać nieco więcej o sprawie, którą poznałem z obu stron, czyli o materiale na mój temat, który ukazał się wczoraj w Gazecie Wyborczej. Wiele innych spraw opisywanych przez Wyborczą od strony czytelnika wygląda podobnie, ale ponieważ nie znam ich z drugiej strony, to nie komentuję.

Otóż kiedy wiele mediów doniosło, że uczę się fryzjerstwa, zadzwonił do mnie młody dziennikarz Gazety Wyborczej żeby się umówić na rozmowę. Nauczony doświadczeniem, zapytałem, o czym będziemy rozmawiać. O fryzjerstwie, nie o polityce, usłyszałem. Powiedziałem, że wolę o polityce, bo fryzjerstwa się dopiero uczę, ale że na pewno nie zamierzam rozmawiać o tzw. aferach.

Przyszedł pan dziennikarz, rozmawialiśmy długo. O fryzjerstwie, o rzetelności dziennikarskiej, o bieżącej aktywności ulicznej w sprawach publicznych moich przyjaciół i mojej. Poprosiłem o autoryzację. Usłyszałem, że tylko moje wypowiedzi będę mógł przeczytać wcześniej. Tak mówi prawo, więc się nie sprzeczałem. Otrzymałem pewną liczbę moich wypowiedzi, w miarę wiernie zapisanych, więc nawet nic nie zmieniałem. Jeszcze przed publikacją zadzwonił pan dziennikarz zapytać, co z tzw. sprawą fakturową. Powiedziałem w skrócie, jaki jest stan, że 6 marca mają się rozpocząć końcowe wystąpienia stron i że po przebiegu procesu ja i moi obrońcy jesteśmy dobrej myśli, bo oskarżenie nic nie wykazało.

Następnego dnia BUM! Tekst w gazecie. Tekst, w którym to wszystko, o czym rozmawialiśmy jest tylko osnową, na której opleciono wszystkie insynuacje, pomówienia i zarzuty, jakie kiedykolwiek ktokolwiek przeciwko mnie sformułował. Nawet moje przejęzyczenie w nazwisku „Inki” – u Konrada Piaseckiego powiedziałem „Danuta Śledzikówna” zamiast „Danuta Siedzikówna”. Nie wiadomo dlaczego na honorowym miejscu znalazła się informacja, że prokuratura podjęła postępowanie w sprawie „uporczywego uchylania się od płacenia alimentów”. Nie zmieściła się jednak informacja, że prokuratura (tak, ta prokuratura, pod kierownictwem Z. Ziobry) po kilku miesiącach umorzyła postępowanie z powodu braku znamion czynu zabronionego. A przecież rządzący w 2016 roku uchwalili zmiany w przepisach o egzekucji świadczeń alimentacyjnych nazywając często nowe prawo Lex-Kijowski, że miał to niby być sposób na pogrążenie mnie.

W druku zmieniono również (w stosunku do wersji autoryzowanej) niektóre moje wypowiedzi i włożono w moje usta słowa, których nie powiedziałem, całkowicie zmieniając sens.

Nie trzeba zresztą wchodzić w szczegóły i wyjaśniać pojedynczych zdań czy zdarzeń. Kiedy się czyta ten tekst widać ewidentnie, że został on zredagowany tak, żeby zaszkodzić i że to było jedynym celem. Śródtytuły, dobór artykułów podlinkowanych (w wersji on-line) jako związanych z tematem. Człowiek czuje się, jakby się cofnął kilkadziesiąt lat wstecz i czytał Żołnierza Wolności albo Trybunę Ludu.

Zdumiony napisałem do sympatycznego młodego dziennikarza, że to nie całkiem tak, jak się umawialiśmy. Tłumaczył, że redaktor mu pozmieniał i pododawał. Ale już kontaktu do redaktora ani jego nazwiska podać nie chciał. Powiedział, że mogę napisać sprostowanie na maila do ich działu…

Nie wiem, komu zależy na tym, żeby mnie zniszczyć. Nie wiem, skąd pomysł, żeby pisać o mnie akurat teraz. Nie wiem, i pytają o to również czytelnicy w komentarzach, po co w ogóle ten materiał. Bo nic z niego nie wynika oprócz tego, że obrzucono mnie błotem.

To trochę tak, jakbym ja dzisiaj napisał, że redaktorem naczelnym Gazety Wyborczej jest kryminalista z czasów PRL-u, który wiele lat spędził w więzieniu, a jego pierwszym zastępcą brat prezesa TVP, która właśnie dostała 2 miliardy na propagandę partyjną. Prawda, tylko nie całkiem, jak kiedyś w Radio Erewań.

Tym, którzy tę sprawę nakręcili i tym, którzy ją zrealizowali przypominam, że kto rzuca błotem, ten ma brudne ręce. A zdarza się i tak, że nie trafi do celu. Wtedy błoto zostaje tylko na nim, a cel pozostaje nietknięty.

Nie czuję żalu, że zostałem zaatakowany. Nie pierwszy i nie ostatni raz. Od połowy 2016 roku wiedziałem, że Gazeta Wyborcza nie jest moim sprzymierzeńcem. To zaś, co zrobiły w mojej sprawie media w 2017 roku i później, uodporniło mnie na cale życie.

Czuję żal, że odebrano mi Moją Gazetę. Bo w tej konkretnej sprawie, ale przecież trudno uwierzyć, że to zupełnie jednostkowa sytuacja, znacznie bardziej rzetelny był tekst w Super Ekspresie, a nawet reportaż telewizji braci Karnowskich wPolsce.pl.

Drobna refleksja na koniec… już w mojej prywatnej sprawie. Analizując nasze relacje od listopada 2015 do dzisiaj nie sposób oprzeć się wrażeniu, że Gazeta Wyborcza w 2015 i na początku 2016 roku zbudowała w dużej części społeczeństwa ogromne oczekiwania wobec mnie, po czym zajęła się wykazywaniem, że tych oczekiwań nie spełniam. Ta dzisiejsza akcja to tylko dalszy ciąg tamtego projektu, czy zupełnie nowe przedsięwzięcie?

I jeszcze jedno pytanie. Kiedy Gazeta Wyborcza powstawała, miała ważną sprawę do załatwienia. Miała wspierać budowę wolnego, demokratycznego państwa. Od zawsze widać, że zajmuje się załatwianiem spraw. Wasz Prezydent Nasz Premier – to było hasło rewolucyjne i być może ukształtowało sukces przemian okresu przełomu. Ale w wolnym, demokratycznym państwie, media nie zajmują się załatwianiem spraw, tylko opisywaniem rzeczywistości. Chcecie być przejrzyście działającą czwartą władzą, czy szarą eminencją sterującą sprawami publicznymi i manipulującą opinią publiczną z tylnego siedzenia?

Rating: 4.6/5. From 28 votes.
Please wait...

Komentarze z Facebooka