Grupa trzymająca… tylko co?

W 2017 roku dostałem od kilku wydawnictw propozycję napisania książki, czegoś w rodzaju alfabetu. Książki, która by ujawniała zakulisowe informacje z czasu mojej działalności jako założyciela i przewodniczącego Komitetu Obrony Demokracji. Nigdy się na to nie zgodziłem, bo uważam, że prywatne spotkania i rozmowy są prywatne nie tylko kiedy są umawiane, ale i wiele lat później. Publikowanie swoich opinii na temat innych uczestników tej gry przystoi może zawodowym bokserom, ale nie osobom, które myślą o dobru wspólnym i gotowe są współpracować z każdym dla osiągnięcia tego dobra.

Można mi zarzucać, jak każdemu, wiele błędów czy niedopatrzeń. Ale od czasu, kiedy to w listopadzie 2015, leżąc w wannie rozmawiałem z Grzegorzem Schetyną, do grudnia 2016, kiedy uczestniczyłem w prowadzeniu demonstracji pod Sejmem, a później i pod pałacem namiestnikowskim i pod Trybunałem Konstytucyjnym, miałem możliwość bardzo dobrze przyjrzeć się istocie polskiej polityki, poznać najważniejszych uczestników tej gry, zobaczyć, czym się kierują i jak działają. Bywałem w krajowych biurach PO, .N, PSL, gościłem u siebie przewodniczącego SLD, odwiedziłem dzisiejszego przewodniczącego Wiosny i kandydata na Prezydenta RP w jego gabinecie. Nadal nie ujawniam treści rozmów i zdarzeń towarzyskich.

Mogę jednak podzielić się ogólnymi wrażeniami i opiniami. Na pewno mogę powiedzieć to, że opinia publiczna poznawana zarówno z powszechnie powtarzanych ocen, jak i z wyników badań społecznych preferencji, jest sterowana. Z jednej strony jest sterowana przez środowiska antysystemowe. Nikt nie stwierdzi chyba, że wspierane przez SKOK-i media są w pełni obiektywne, albo że nie sprzyjają jednej opcji politycznej. Z drugiej strony nie mam wątpliwości, że media po stronie tak zwanej prodemokratycznej też nie są niezależne ani rzetelne, że ich przekaz nijak się ma do obiektywnego relacjonowania rzeczywistości. Kiedyś, w latach osiemdziesiątych, mówiono o koncesjonowanej opozycji. Dzisiaj moglibyśmy mówić o koncesjonowanych mediach „prodemokratycznych”. W cudzysłowie, bo koncesjonowane media z założenia nie mogą być prodemokratyczne.

Mamy do czynienia z dwoma środowiskami, które uznały, że zostały w szczególny sposób namaszczone, aby decydować o tym, co opinia publiczna ma prawo wiedzieć i myśleć. Wszelkimi metodami. I mamy media, które są gotowe je wspierać bez patrzenia na fakty i na zasady, którymi kiedyś kierowali się prawdziwi dziennikarze. Dzisiaj mamy jednak znacznie więcej pracowników mediów, niż dziennikarzy. Stąd też bierze się dzisiejszy wyrazisty i jednoznaczny podział sceny politycznej i społeczeństwa. Dobrze pamiętamy zwolenników Polski solidarnej i Polski liberalnej. Dziś trzeba by powiedzieć o Polsce ludzi i Polsce ideologii. A „po bokach” rodzą się różne ruchy antysystemowe. Ruchy, partie, koalicje, które zauważyły ten zakłamany dualizm i chcą go wykorzystać dla własnej korzyści.

Co ma zrobić obywatel, który nie chce walczyć z systemem, ale chciałby go ulepszać i wspierać? Chciałby wspierać system przez zasilenie go faktyczną opinią obywateli a nie tą, kształtowaną przez elity i media, różnego rodzaju fundacje, formalne i nieformalne grupy. Wokół osób o rzeczywistych osiągnięciach i mających realny wpływ krążą takie, które same niewiele mogą, ale tym na świeczniku podsuwają – z tym warto rozmawiać, od tego trzeba się trzymać z daleka. Tego tekst warto wydrukować, tamtemu nie należy pomagać nawet, jeżeli dobrze mówi i jest w stanie coś dobrego osiągnąć. W PRL-u mieliśmy zapisy cenzury na pisarzy, dziennikarzy i publicystów oraz wilcze bilety dla tych, którzy narazili się władzy. Dzisiaj mamy podobną sytuację. Różnica jest jedna – wtedy opozycja wiedziała, że jeżeli ktoś znalazł się na celowniku władzy, trzeba go wspomóc i podtrzymać niezależnie od tego, czy się we wszystkim zgadzamy. Dzisiaj po stronie „opozycji” działają te same mechanizmy, co wtedy wyłącznie po stronie władzy. Czy można w tej sytuacji nadal nazywać to opozycją? Niezależnymi mediami? Wolnymi elitami?

Celebryta, to osoba, która jest znana z tego, że jest znana. Osoba wpływowa ma wpływy, bo wszyscy wiedzą, że ma wpływy. Nieważne, czy jest szefem jakiegoś medium, czy jego sekretarką, dyrektorem czy prezesem jakiejś fundacji albo… no właśnie. Nie ma znaczenia, jaką funkcję formalnie pełnisz. Osoby opiniotwórcze są opiniotwórcze, bo są opiniotwórcze. Nieważne, ile popełniły błędów w życiu, ile razy się pomyliły, do ilu porażek doprowadziły. Są opiniotwórcze i już. Tworzą tak zwane elity!

W obecnej kampanii prezydenckiej większość kandydatów próbuje na zaprzeczeniu racji tego dualizmu – władza i koncesjonowana opozycja – budować swoje poparcie. W sondażach opinii publicznej zajmują kilkadziesiąt procent. Być może jeszcze nie większość, ale w obliczu tak spolaryzowanej opinii publicznej jawią się jako trzecia siła. Jeżeli uda się im wykazać, że dwie zdeklarowane strony sporu są sobie równe, mogą zyskać znaczące i decydujące poparcie. Symetryzm może zdecydować!

Jestem daleki od symetryzmu i nie mam wątpliwości co do tego, która strona ma więcej wspólnego z praworządnością, z rządami prawa, z szacunkiem dla Konstytucji RP, z przyzwoitością wreszcie. Ale zadufanie tej strony w swoje racje przywodzi do pamięci z najbliższej historii Polski ugrupowania, które niewątpliwie miały rację, ale szybko zniknęły ze sceny politycznej. Zniknęły, bo nie doceniały siły opinii społecznej, bo uważały, że racja upoważnia je do dumy i arogancji.

Wszyscy pamiętają chyba historię Grupy Trzymającej Władzę i wyroki sądowe dla osób z nią związanych. Czy jednak ci, którzy dzisiaj walczą o władzę, umieją się przed tymi losami zabezpieczyć?

A media? Media, które kiedyś umiały upublicznić fakty i dowody świadczące o naruszeniu prawa, czy dzisiaj nadal stoją po stronie praworządności i wartości? Czy nie stanęły po stronie jednej grupy politycznej? Może umiały być rzetelne i obiektywne tylko wtedy, kiedy chodziło o środowiska im bliskie? Czy to jeszcze można nazwać rzetelnością?

Nie nawołuję do obalenia sytemu. Uważam jednak, że system polityczny trzeba zmieniać, urealniać i unowocześniać. Ale widzę, że środowiska ze strony nazywanej prodemokratyczną, nie mają skłonności do autorefleksji. Nie obserwują i nie oceniają swoich błędów czy pomyłek. Nie oceniają ich z punktu widzenia wartości ważnych dla obywateli a jedynie z perspektywy własnych korzyści wyborczych, mandatów, subwencji i biur, gabinetów, samochodów służbowych itp. itd. W tej perspektywie osiągnięcie większości czyli wpływu na losy państwa ma mniejsze znaczenie, niż to, ile mandatów i ile funkcji uda się objąć, ile subwencji się dostanie, ile etatów w biurach, które można będzie obsadzić działaczami czy krewnymi, ilu asystentów czy doradców zatrudnić. Słuszne lub niesłuszne oczekiwania obywateli są na odległym miejscu.

No votes yet.
Please wait...

Komentarze z Facebooka