¡No pasarán!, czyli język ma znaczenie

Jestem zwolennikiem feminatywów. Tak, wiem, zaraz usłyszę, że to często głupio brzmi. Premierka? Pilotka? Adwokatka? Ale przecież to tylko subiektywne odczucia wynikające z przyzwyczajeń lub ich braku. Dlaczego pilotka miałaby być bardziej kontrowersyjna, dzisiaj, niż pilot? Mało kto pamięta czapkę pilotkę, ale każdy ma co najmniej kilka pilotów do różnych urządzeń.

Język ma znaczenie, i dopóki nie uznamy w języku równości płci, nie osiągniemy tej równości w realu. Oczywiście, po drodze dojdzie do kilku zabawnych sytuacji i sporów. Ale rozstrzygnie je praktyka, czyli demokratycznie my wszyscy.

Ale przecież nie tylko feminatywy kształtują świadomość nas wszystkich. Od pięciu lat żyjemy w permanentnym sporze i podziale społeczeństwa. Jedni wdrażają lub popierają rewolucyjne rozwiązania rządzących, drudzy się im sprzeciwiają. I tutaj docieramy do sedna mojego problemu. Padają słowa „¡No pasarán!”, „to nie przejdzie”, „nie pozwolimy”, „zablokujemy” i wiele podobnych. „No pasaran” powiedziała Dolores Ibárruri Gómez do faszystów. Faszyzm nie przejdzie. Wtedy przeszedł. Niebawem autorka tego hasła poparła pakt Ribbentropp-Mołotow, który dał faszystom kilka lat panowania nad dużą częścią świata. Tak kończy radykalizm – albo uderzeniem w ścianę albo niewyobrażalnymi fikołkami intelektualnymi czy moralnymi.

Latem 1990 roku pomagałem w organizacji obozu dla dzieci pod Duklą. Miałem zawieźć sprzęt – samochód osobowy z przyczepką w zupełności wystarczały. Na dzień, kiedy miałem jechać, Solidarność Rolnicza pod przywództwem Gabriela Janowskiego ogłosiła blokadę dróg w całej Polsce – od 12 do 14 drogi w całym kraju miały stać. Uznałem, że po prostu podróż się wydłuży, ale jechać trzeba. Stanąłem w w dużym gronie na blokadzie. Niektórzy kierowcy i pasażerowie, ja również, wysiedli z samochodów i poszli porozmawiać z rolnikami. Wielu wyrażało sympatię, inni pytali o co chodzi, generalnie toczyły się kulturalne rozmowy na temat polityki.

W pewnym momencie podszedł mężczyzna średniego wzrostu, szczupły, bardzo rozedrgany. U dziecka określiłoby się takie zachowanie – o, pewnie ma ADHD. Od razu zdominował rozmowę. O co w ogóle chodzi! Jak śmiecie mnie zatrzymywać! Nie macie prawa! Ja nie pozwolę! Nie zyskal specjalnej życzliwości w gronie osób prowadzących rozmowę na temat toczących się reform, sytuacji ekonomicznej rolników itp. itd. W pewnej chwili uznał, że musi ostrzej. Wykrzyczał „jeżeli mnie nie przepuścicie, to wam rozpieprzę te ciągniki!” i oddalił się w kierunku końca kolejki samochodów. Po minucie czy dwóch zobaczyliśmy Malucha (Fiat 126p) pędzącego wprost na ustawione w poprzek drogi traktory URSUS, o strukturze radzieckiego czołgu. W ostatniej chwili zahamował z piskiem opon, zawrócił, odjechał na koniec kolejki i więcej się nie pojawił. Nie zdecydował się na zderzenie ze ścianą. Wybrał fikołek emocjonalno intelektualny.

Zawsze, kiedy widzę działania prowokujące aparat państwa do pokazania swojej siły wobec jednej czy kilku osób na ulicy, kiedy słyszę buńczuczne hasła „nigdy nie pozwolimy”, „zablokujemy”, „musimy przejąć kontrolę”, „trzeba wypowiedzieć posłuszeństwo”, „przegonimy ich”, „niech wyp…..lają” i wreszcie „no pasaran”… przypomina mi się ten Maluch pędzący na traktory w 1990 roku. Tam nie było państwa. Byli rolnicy i był podróżny. Ale sytuacja była absolutnie wzorcowa. Starcie brutalnej siły z przekonaniem, że się ma rację.

Zdarzają się w świecie sytuacje, że udaje się siłą uzyskać władzę, obalić władzę, zmienić system polityczny, wdrożyć zupełnie nowe idee i wartości. Jednak naukowe badania wykazują, że projekty pokojowe mają znacznie większą skuteczność, niż rozwiązania siłowe. Klasyczne materiały w całym świecie wymieniają, obok Gandhiego w Indiach, Martina Luthera Kinga w USA i wielu innych – „Solidarność” w Polsce. Ten ostatni przykład większość z nas zna doskonale z własnego życia.

Wszyscy byliśmy ostatnio – 6 stycznia 2021 – świadkami (przez media) ataku na Kapitol w Waszyngtonie. Nie znam raczej wielu osób, które ten atak popierają. Wtargnięcie na teren publicznej instytucji, naruszenie jej powagi i suwerenności wydaje się być naruszeniem podstawowych praw współżycia społecznego. Nie mieści się w kanonie środków pokojowego protestu. Rzucanie śnieżkami w policjantów tym bardziej. Nawet nie chcę się zastanawiać, co kiedyś ktoś zechce włożyć w taką „niewinną” śnieżkę.

Nie znam przypadku, żeby radykalne działania przyniosły pozytywny efekt. Oczywiście słyszę głosy, że spacerowanie z chorągiewkami i balonikami nic nie dało, trzeba zrobić coś na poważnie. Ale słyszę je do 5 lat. I mam pytanie, co osiągnęli ci, co postanowili „zrobić coś na poważnie”. Więcej, niż spacerowanie? Kiedy spacerowaliśmy, były nas dziesiątki, czasem setki tysięcy. Ilu z nas przyłączyło się do działań „na poważnie”? Co dały te wszystkie odezwy do zatrzymania, powstrzymania, zablokowania, uniemożliwienia?

Łączą nas wartości. Nie wyrażamy zgody na łamanie Konstytucji, odcinamy się od zawłaszczania państwa, obraża nas opowiadanie, że Polacy chcą innych sądów, chcemy przywrócić w Polsce praworządność, szacunek dla Konstytucji i dla każdego człowieka. Właśnie dlatego, że chcę zmian, a nie tylko wyrazić swój gniew, unikam radykalizmu. Podejście radykalne jeszcze nigdy nie zmieniło skutecznie sytuacji w żadnym kraju na świecie. Zmieniało ją podejście otwarte, życzliwe, tolerancyjne i ukierunkowane na rozwiązywanie problemów, a nie na podkreślenie swojego ego.

Nikt nie wie na pewno, gdzie jest granica, między protestem pokojowym, a niepokojowym. Nikt też nie wie na pewno, co ostatecznie odniesie skutek, a co będzie tylko „parą w gwizdek”. Kto może rozstrzygnąć, oprócz historii? Ale… życie i historia nauczyły mnie, że im bardziej radykalnie, tym mniej skutecznie.

Nauczyło mnie życie, że nie można odpuszczać wartości, które się wyznaje. One mnie ukształtowały i to w ich obronie wyszedłem na ulicę. Warto stać w ich obronie zawsze i do końca. Ale nie będę krzyczał, że nie pozwolę, bo nie mam takiej mocy, żeby pozwalać. Nie będę krzyczał, nie przepuszczę, bo nie mam siły, żeby zablokować. Nie będę obiecywał, że przejmę kontrolę, bo nie mam do tego środków prawnych ani siłowych. Nie warto prężyć muskułów, których się nie ma. I nie można oczekiwać od innych heroizmu. Kiedy uznam, że czas na mnie, nie zatrzymam się. Ale nikogo nie można rozliczać z bohaterstwa. Ani matki noszącej w łonie dziecko, które nie może przeżyć, ani występujących na ulicach w obronie wartości.

Bądźmy ludźmi! Bądźmy otwarci! Bądźmy tolerancyjni! Ale nie obiecujmy radykalnych rozwiązań, których nie jesteśmy w stanie nigdy zrealizować. Obietnice bez pokrycia, buńczuczne pokrzykiwanie, fanfaronada – nie dają żadnych efektów w perspektywie dłuższej, niż kilka tygodni. Komu zależy na przyszłości dzieci i wnuków, niech myśli w perspektywie lat, nie dni. Niech nie walczy z policjantami, ale z Policją, z tymi, którzy wydają rozkazy, nie z podwładnymi. Niech nie walczy z wykonawcami, ale z autorami represji. Niech pamięta, że każdy sam ma prawo do decydowania o tym, w jakie działania się angażuje i… niech się angażuje w to, co wydaje się perspektywicznie celowe, a nie w to, co daje mu ulgę dzisiaj na kilka minut, może na kwadrans czy dwa. Walki uliczne mogą być ekscytujące, ale czy zmieniają coś w naszym życiu na przyszłość?

Zamiast poprawiać swoje samopoczucie dzisiaj, spróbujmy zadbać o jutro nasze i naszych potomków. Konsekwencja, determinacja i wierność wartościom, nie radykalizm – tak to widzę. Zapraszam do rozmowy.

Rating: 2.8/5. From 6 votes.
Please wait...

Komentarze z Facebooka