Z ręką w nocniku, czyli mądry Polak po szkodzie

Mówi się, że sukces ma wielu ojców, a porażka jest sierotą. Nie w Polsce. W Polsce ojcowie sukcesu mają wielu wrogów, a porażkę czczą wszyscy. Wiadomo, kiedy sąsiad ma dwie krowy, a ja jedną, to nie będę próbował zdobyć drugiej, ale zrobię wszystko, żeby sąsiadowi co najmniej jedna zdechła. Jesteśmy przywiązani do równości. A dokładniej… do tego, żeby nikt nie był równiejszy niż ja. Pilnujemy, żeby nikt nie był wyższy, lepszy, szybszy…

„Czy chciałbyś uścisnąć dłoń komuś, kto regularnie budzi się z ręką w nocniku?” Takie pytanie, może czysto retoryczne, coraz częściej przychodzi mi do głowy, kiedy patrzę, jak my, Polacy, walczymy o sprawy dla nas najważniejsze. Był czas, kiedy pojawiła się nadzieja na zmianę. Że smutne rocznice zostaną zastąpione przez te radosne – 4 czerwca stanie się świętem wszystkich Polaków. To wtedy Polacy wybrali swoją przyszłość. Po raz pierwszy od kilkudziesięciu lat. Wbrew władzy. Wbrew nawet zawartemu przy Okrągłym Stole kompromisowi. Gdzie tam…

Przypomina mi się scena z filmu „O dwóch takich, co ukradli księżyc”. Bracia się naradzają, jak wygrać wyścig. Lech, przepraszam, Jacek mówi, że on może konkurentom podstawiać nogę. Jarosław, przepraszam, Placek, że Jacek jest głupi, bo ich złapią i zleją. Lepiej rozsypać na drodze wyścigu tłuczone szkło.

Każdy sposób jest dobry. Ważne, żeby nikt nie był przede mną.

Oczywiście wszyscy to wiemy i wszyscy, my – ci dobrzy, staramy się z tym walczyć. Nawołujemy do jedności, do wspólnego działania, do zmasowanego ataku. Krzyczymy, za Sędzią Soplicą „Ja z synowcem na czele i jakoś to będzie…”

Ile tych „czół” potrzeba, żeby każdy zajął należne sobie miejsce?

Nie możemy się wyzwolić z romantycznego pojmowania świata. Nazywam się milion, bo za miliony cierpię. Oczekiwanie na wodza, rycerza na białym koniu, mitycznego przywódcę. Sami przecież nic nie możemy. Jeżeli ktoś akurat nie ma ambicji, żeby być wodzem, to z radością będzie jego pierwszym adiutantem i będzie obwieszczał światu wolę wodza. A jeżeli to się nie uda, to chociaż postara się zaimponować rodzinie i sąsiadom zdjęciem z wodzem.

Popatrzmy na osoby wybitne. Takie, które coś naprawdę dobrego zrobiły dla Polski. Czy umiecie wskazać, poza sportowcami, którzy rozsławiają nasz kraj w świecie i dostarczają emocji, kogoś wybitnego i zasłużonego, kto nie byłby obrzucony błotem, regularnie atakowany, kogo nie chciano by zniszczyć?

Nawet trudno zacząć wymieniać nazwiska, bo nie wiadomo kiedy skończyć. Ale kilka wymienię. Wałęsa, Mazowiecki, Miłosz, Kuroń, Michnik, Szymborska, Owsiak, Geremek, Tokarczuk, Tusk… a przede wszystkim Paweł Adamowicz.

Umiemy wynosić ludzi na piedestał. Umiemy stawiać wobec nich oczekiwania – głównie, żeby wszystko za nas załatwili sami. Ale uwielbiamy ich z tego piedestału strącać. Nic tak nie cieszy, jak kiedy ktoś się przewróci. Chętnie posypiemy drogę tłuczonym szkłem…

Niestety… takie podejście nie jest domeną jednej strony sporu politycznego. Mam zresztą przekonanie graniczące z pewnością, że prawdziwe podziały w naszym społeczeństwie nie idą według linii politycznej, ale cywilizacyjnej. I że ta linia idzie w poprzek tej politycznej.

Często, kiedy słyszę agresję, wulgaryzm, nienawiść, pieniactwo, warcholstwo, zawziętość, kiedy widzę ten jad płynący z „naszej” strony, to nie mam wątpliwości, że to nie jest moja strona. Pewny też jestem, że ta strona nie przysłuży się Polsce.

Polska nie może należeć do jednej strony, która pozbawi drugą, trzecią, czwartą i kolejne praw do niej. Jedni wybierają z Polski pierwszą oraz trzecią literę, łącząc je spójnikiem „i”. Inni poprzestają na dwóch pierwszych literach. Jeszcze inni biorą wszystko, opatrując przymiotnikami czy liczbami.

Nie, nie nawołuję do jedności. Nie domagam się zjednoczenia. Nie postuluję zgniłego kompromisu, wyrzeczenia się siebie, swoich przekonań czy wartości. Chcę Polski tolerancyjnej, otwartej, szanującej różnorodność, w której umiemy się dogadać co do ważnych spraw i wspólnie je realizować. W skrócie można powiedzieć „europejskiej”, bo tak, jak powinny funkcjonować różne „stronnictwa” w Polsce, od dawna działają niezależne państwa w Unii Europejskiej. Pisząc niezależne wykluczam oczywiście te, które dzisiaj realizują w UE strategię suflowaną zza wschodniej granicy Unii.

No dobrze. Trochę ponarzekałem. Dlaczego? Po co?

Najpierw dlaczego. Bo jest mi niezmiernie smutno. Bo widzę, że kiedy 3 grudnia 2015 roku pod Trybunałem Konstytucyjnym dzieliłem się przypuszczeniem, że czekają nas co najmniej dwie, trzy kadencje PiS-u, to byłem nadmiernym optymistą. Ten rodzący się wtedy zryw przesłonił mi realną ocenę sytuacji. Od kilku lat działamy wyłącznie reaktywnie. Ogarnęła nas narracja spisywana na Nowogrodzkiej, a my umiemy wyłącznie się wku***ać. Skaczemy po ścianach na każdy ruch prezesa jak kot za kropką lasera. Oczywiście wiem, że w kraju autorytarnym trudno jest mieć wpływ. Ale który naród ma za sobą tak silne doświadczenie pozytywistycznej pracy u podstaw aż do wyjścia spod zaborów po 123 latach? Tylko do tego trzeba było porzucić romantyczne mrzonki, przestać czekać na wodza, i wziąć się do roboty. Zawsze można coś zrobić. Tylko trzeba znaleźć własny pomysł i własną drogę – niezależne od najeźdźcy (chociażby był ze środka).

Po co? Żeby spróbować coś zmienić. Żeby zacząć działać proaktywnie, żeby mieć własny głos w debacie a nie tylko odpowiadać na zaczepki czy prowokacje dyktatora i jego świty. Nie wierzę, że podnoszenie głośnego krzyku nawet za każdym razem, kiedy zrobią coś złego, kiedy wykonają kolejny krok w stronę totalitarnej, faszystowskiej dyktatury, zastąpi działania własne. Niewiele jest konkurencji, w których wygrywa ten, co został z tyłu. W życiu społecznym, w polityce trzeba nadawać ton, narzucić narrację. Kto zdefiniuje reguły gry i wybierze boisko jest bliski wygranej już na starcie. Kto biegnie za konkurentem, próbując go pokonać w jego grze i na jego boisku, nie ma wielkich szans. W sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy w Polsce, należy odświeżyć znane powiedzenie: nie zadawaj się z despotą i populistą – najpierw cię sprowadzi do swojego poziomu, a potem pokona doświadczeniem.

„Nawet najdalszą podróż zaczyna się od pierwszego kroku” powiedział Lao Tzu. To prawda, ale… czasem lepiej zacząć podróż od decyzji co do celu i drogi. Żeby sparafrazować towarzysza Wiesława – dla stojącego nad przepaścią krok nie musi być najlepszym początkiem.

Na koniec wypadałoby, żeby utrzymać się w poetyce, zacytować towarzysza Edwarda „Do roboty!” A ja ze swojej strony zapytam… „No to jak, towarzysze, pomożecie?”

Rating: 2.8/5. From 10 votes.
Please wait...

Komentarze z Facebooka