Bo między Bugiem a Odrą i Nysą…

— Nasza jest Polska tylko! Tylko my – Polacy! Jest tylko jedna racja! I ja! My ją mamy!
— Jedna jest racja, lecz ona jest przy nas!
— Moja jest tylko racja i to święta racja. Bo nawet jak jest twoja, to moja jest mojsza niż twojsza. Że właśnie moja racja jest racja najmojsza!

Od długiego czasu słuchając dyskusje i spory wśród tzw. działaczy ulicznych (celowo nie używam innych określeń, które zostały zaanektowane i opatrzone różnymi konotacjami) przeżywam bardzo silne odczucie déjà vu. Wszystko już było. W tym przypadku powtarzamy niemal słowo w słowo listę dialogową z zacytowanej powyżej debaty politycznej zaprezentowanej w Dniu Świra Marka Koterskiego.

Przypomina mi się też wierszyk autorstwa Ludwika Jerzego Kerna, który jakieś 40-50 lat temu usłyszałem od mojego Taty:

Bo między Bugiem a Odrą i Nysą
To najważniejsze z wszystkich my są.

Takie narzekania oczywiście również już nieraz słyszałem. Dlatego nie chcę dłużej narzekać, ale… powstała mi w głowie refleksja w odpowiedzi na pytanie – jak odróżnić osobę działającą dla sprawy od osoby działającej po to, żeby zaistnieć, podłączając się pod sprawę i pod działania innych.

Najpierw kilka słów w formie dygresji. Kiedy w starych demokracjach obywatele prowadzą jakąś akcję a politycy chcą się w te działania włączyć, to zapraszają zaprzyjaźnione media, przyprowadzają swoich współpracowników, przywożą pizzę czy napoje, a następnie wygłaszają komunikat w stylu – ci wspaniali obywatele walczą o słuszną sprawę, dlatego wszyscy powinniśmy im pomóc, wspierać ich i włączyć się w ich walkę. Przynajmniej wizerunkowo jest oczywiste, że postanowili wesprzeć swoją popularnością sprawę, o którą walczą obywatele, nie zaś odebrać trochę uwagi i zainteresowania obywatelom żeby podbić swoje sondaże.

U nas mamy masę działaczy, aktywistów i polityków, którzy tylko czatują, gdzie coś się będzie działo, żeby się tam pojawić, żeby się zaprezentować przed kamerami, żeby zrobić sobie serię zdjęć z osobami popularnymi a następnie się nimi publicznie pochwalić pokazując, jak bardzo są ważni. Potem media społecznościowe zalewają zdjęcia tych „celebrytów”, gdzie nie bardzo wiadomo, co się działo i w jakiej sprawie, ale doskonale widać, jak bardzo publikujący czują się ważni (co ostatecznie zapewne jest wyrazem kompleksów i próby ich leczenia). „Najwybitniejsi” przedstawiciele tej grupy umieją wybrać z różnych rzetelnych relacji tylko te zdjęcia, na których są oni przedstawieni i chwalić się wyłącznie nimi.

Jest też sporo osób, które z poświęceniem dla sprawy relacjonują wydarzenia, siebie stawiając na drugim planie. Naturalna jest też chęć uzyskania pamiątkowego zdjęcia z kimś, kto jest dla nas autorytetem. Jednak sposób prezentowania pozwala zazwyczaj bezbłędnie rozpoznać intencje.

Wrócę zatem do mojej refleksji. Kiedy widzę osobę, która zawsze jest tam, gdzie kamery, i to zawsze przed ich obiektywami, która zawsze ustawia się tuż za plecami mówcy, która biega z końca na koniec wydarzenia polując na okazje z kim by tu jeszcze się sfotografować, która nie przygotuje nigdy sama nawet małego transparentu, ale zawsze złapie najbardziej wyrazisty z dostępnych i będzie się z nim pchała przed obiektywy, taką wreszcie osobę, która sama pojawia się tam, gdzie inni się zebrali, a później ogłasza, że ona i jej organizacja to zorganizowali i przygotowali… kiedy widzę takie osoby, myślę sobie, że podział zaproponowany przez Jarosława Kaczyńskiego na zwolenników i przeciwników „dobrej zmiany” jest podziałem fałszywym. Że prawdziwy podział w naszym społeczeństwie jest raczej pomiędzy tymi, którzy chcą coś zmienić a tymi, którzy chcą coś dla siebie ugrać. Oczywiście, wśród przeciwników „dobrej zmiany” nie ma obecnie takich możliwości, jakie ma np. pan Obajtek. Ale zjawisko wygląda bardzo podobnie.

Domyślam się, że pod tym tekstem pojawią się za chwilę głosy oburzonych. Z jednej strony tych, którzy ze szczerego serca służą sprawie, ale odnieśli wrażenie, że przekręciłem ich intencje i ich napiętnowałem. Otóż nie. Nie piętnuję nikogo, zaś opisuję tych, których zachowania są jednoznaczne i notoryczne. Zapewne pojawią się również głosy krytyczne ze strony tych, którzy zadziałają jak przysłowiowe nożyce na potrąconym stole. Będą próbowali prostować albo odwracać sytuację – atakować mnie osobiście i osoby będące blisko mnie. I znowu to będzie nietrafione. Bo ja nadal nikogo nie piętnuję, a jedynie zachęcam do refleksji.

Wierzę, że możemy wiele zmienić, jeżeli zrozumiemy jak odbierane są nasze działania. Jestem pewny, że każdy ma co zmieniać w sobie. Ja pracuję nad zmianami w swoich działaniach i zachowaniach od dawna. Bo wiem, że tak jak każdy, zmienić mogę tylko siebie i swoje zachowania, a nie innych. Mogę też jednak podzielić się swoją refleksją, co niniejszym czynię.

Do zobaczenia na ulicy!

Rating: 4.4/5. From 8 votes.
Please wait...

Komentarze z Facebooka